dojrzałość i Boże Narodzenie

Nie wiem co znaczy dojrzałość w wierze. Nie mam pojęcia czy ktokolwiek jest w stanie powiedzieć, że jego wiara jest dojrzała. Nie wiem czy ktokolwiek, może w ogóle wiedzieć czym jest dojrzałość religijna. Ale jest pewien moment – w moim mniemaniu przełomowy, ku temu aby twierdzić, że twoja wiara nie tyle jest w pełni dojrzała, ale dojrzalsza. Kiedy, świadomiej podchodzisz do wiary, kiedy na sprawy wiary patrzysz racjonalnie. Wydaje mi się, że jeden z momentów przełomowych, to jest ten moment, kiedy bardziej i lepiej przezywasz święta Wielkanocne. Kiedy w pełni świadomości, ustalisz sobie hierarchię świąt (zaznaczam tą pełną świadomość, bo tą myśl trzeba podjąć samemu).

Święta Narodzenia Pańskiego są wspaniałe. Przeżywamy cudowną tajemnicę Wcielenia. Słowo staję się Ciałem. Boża Miłość staje się Ciałem. Dziewica rodzi syna. Święty Józef ufa, wierzy i nie ucieka. Te święta są w pełni magiczne – chociaż magiczne nie jest tutaj adekwatnym słowem. Uwielbiam Boże Narodzenie, cudowną rodzinną atmosferę, wspólne śpiewanie kolęd, dom pachnący piernikiem i kompotem z suszu… Kto tego nie lubi? Ale jest także druga strona medalu. Jesteśmy tak super zaaferowani całą tą piękną atmosferą, że gdzieś się gubimy. Na ostatnią chwilę jedziemy do fryzjera, nerwowo pakujemy prezenty, a na to wszystko zapomnieliśmy kupić tradycyjnego napoju świątecznego z czerwoną etykietą. A zaprosiliśmy chociaż Solenizanta na Jego urodziny? Kurcze kiepsko to wygląda. Myślimy o prezentach – przyzwyczajamy się do tego, że co roku są piękniejsze, droższe… No kto tak nie ma? Kochamy rodzinną atmosferę podczas kolacji wigilijnej, wspólne wyjście na pasterkę, bogate dekoracje w kościele, żywe szopki, składanie sobie życzeń, wszyscy są nagle dla siebie mili. Bezsprzecznie jest to cudowne.

Są to bezkompromisowo rodzinne święta.

I teraz ja powiem tak. Czuję się dojrzalsza, odkąd Boże Narodzenie nie jest moim ulubionym okresem w roku. Nie, nie jest, chociaż je uwielbiam niesamowicie. Moim numerem jeden jest zdecydowanie Wielkanoc. Nie przeżywam jej w kwestii rodzinności (jasne rodzina też jest i jest na właściwym miejscu), ale głęboko duchowo. I to jest w tym wszystkim najpiękniejsze. Nie chodzi, mi stricte o porządek świąt w kalendarzu liturgicznym, ale o moje ich przeżywanie.

Bóg się rodzi w konkretnym celu. Nie możemy przeżywać Bożego Narodzenia w jednym kontekście.

Cud Bożego Narodzenia jest wspaniały. Trzeba jednak pamiętać, że cała otoczka towarzysząca nam w czasie tych świąt nie jest najważniejsza. Trzeba pamiętać, że Bóg nie przychodzi do nas w czasie świąt tylko pod postacią Dzieciątka. Bóg jest z nami codziennie, podczas każdej Mszy Świętej w tej samej postaci. I tak jest z nami w te święta. W kościele. Pod postacią Chleba i Wina. W ciele umęczonym i konającym. To się dzieje każdego dnia, bez względu na to jakie święta, uroczystość czy wspomnienie obchodzimy. Msza Święta w czasie Bożego Narodzenia jest zarówno pamiątką cudownych narodzin, ale także, zbawienną ofiarą Chrystusa, powtarzaną ciągle na nowo.

On, istniejąc w postaci Bożej,  nie skorzystał ze sposobności, aby na równi być z Bogiem, lecz ogołocił samego siebie, przyjąwszy postać sługi, stawszy się podobnym do ludzi.A w zewnętrznym przejawie, uznany za człowieka, uniżył samego siebie, stawszy się posłusznym aż do śmierci – i to śmierci krzyżowej. Dlatego też Bóg Go nad wszystko wywyższył i darował Mu imię ponad wszelkie imię, aby na imię Jezusa zgięło się każde kolano istot niebieskich i ziemskich i podziemnych. I aby wszelki język wyznał, że Jezus Chrystus jest PANEM – ku chwale Boga Ojca. (Flp 2, 6-11)

W czasie Bożego Narodzenia istotne jest zrozumienie tej kwestii.

Tak samo jak adwent, jest oczekiwaniem na dwóch płaszczyznach – na powtórne przyjście Boga, oraz bezpośrednio do świąt. Tak samo jest z Bożym Narodzeniem, nie jest to tylko symboliczne i historyczne wspomnienie wydarzeń z Betlejem. Świętujemy przyjście na świat naszego Odkupiciela. Przychodzącego na świat z pełnym balastem treści.

Dlatego ja w czasie tych właśnie świąt obchodzę również pamiątkę Zmartwychwstania Chrystusa, wspominam wieczerzę z uczniami, ogród Getsemani, drogę krzyżową i Golgotę. To mi daje w pełni przeżywać te święta.

Pamiętam, że jako dziecko, niesamowicie upierałam się przy tym, że Boże Narodzenie jest najważniejsze, że przecież jakby Bóg się nie narodził – by nie zmartwychwstał.

Jasne, że tak.

Ale będąc osobami wierzącymi, nie możemy rozumieć istoty Bożego Narodzenia jednostkowo. Musimy znać rangę wydarzeń. Musimy pamiętać o życiu, śmierci i zbawieniu.

I co jest ważne. Dzisiaj w szopce nie ma Boga – jest figurka Dzieciątka. Bóg jest w tabernakulum.

„Wobec tej niezwykłej rzeczywistości stajemy zdumieni i zaskoczeni: z jaką uległością i pokorą Bóg zapragnął złączyć się w ten sposób z człowiekiem! Jeśli ze wzruszeniem zatrzymujemy się przed szopką, rozważając Wcielenie Słowa, jakież uczucia powinny nas ogarniać wobec ołtarza, na którym przez ubogie dłonie kapłana Chrystus uobecnia w czasie swoją Ofiarę? Pozostaje nam jedynie zgiąć kolana i w ciszy adorować tę największą tajemnicę wiary”. (Jan Paweł II – list do kapłanów na Wielki Czwartek 2004)

bóg w XXI wieku

Nasza wiara jest tak marna, jak tylko można to sobie wyobrazić. Przed Bogiem, stawiamy zwykle co innego, bo przyzwyczailiśmy się do niewiary. Tak jest wygodnie i mówię to z całą świadomością. Życie bez Boga jest wygodne, koniec i kropka. Nikt nie mówi mi co mam robić, jak mam żyć. Nikt na mnie nie patrzy, mogę manifestować moje poglądy choćby głosiły krew i śmierć. Nie ma nieba, nie ma piekła, umieram, zasypiam i już nawet nie śnię. O Bogu zapomnieliśmy, a jeśli zdarza nam się przypomnieć to jest to bóg, ale z małej litery. STRASZNE. Nasza wiara jest papierowa (na szczęście jak mówi przysłowie „papier jest cierpliwy”). Staliśmy się sobie bogami. JA pan i władca, JA bogini. Nie chodzi mi teraz, o to że świat jest zły, a my to małe zagubione owieczki, gdzieś balansujemy na tej ziemskiej łące między trawką a strumyczkiem. W sumie trochę tak jest. Zapominamy o Bogu, zapominamy o drugim człowieku ale także zapominamy o sobie. Nie potrafimy siebie umieścić w jakiejś konkretnej sferze. Nasza egzystencja jest nijaka, a my zaślepieni złudnymi obrazami życia pędzimy na oślep. Wmawia nam się, że to co zawsze przyjmowane było za złe jest dobre. Daliśmy sobie wyprać mózgi nowoczesnymi ideologiami. Wmawia nam się, że podstawową potrzebą człowieka jest seks i wifi. Zdrada czy brak zasięgu to chyba nasze najgorsze koszmary. Przestaliśmy Boga szukać, szukamy kasy, rozrywki, przyjemności i zbędnego poklasku. Człowiek XXI wieku. Mamy wszystko, ale ale nagle odczuwamy jakiś głęboki brak i nie jesteśmy w stanie tego nazwać. Wiążemy to z przyziemnymi potrzebami. My tak naprawdę potrzebujemy Boga. Jakiś cichy głos próbuje się wydostać na zewnątrz z naszych wnętrz, a my go coraz bardziej tłamsimy, a w efekcie mimo gigantycznego friendzone czujemy się coraz bardziej samotni. Życie bez Boga jest wygodne, ale życie z Bogiem jest zdecydowanie pełniejsze!