planowanie i (samo)akceptacja

Dla większości z nas minęło świętowanie, świętowanie w ludzkim wymiarze. Wracamy do pracy. Nerwowo zajmujemy się sprawami związanymi z zakończeniem roku. Dotyczy nas to zarówno w kwestii zawodowej jak i prywatnej. Minęły święta, wracamy do codzienności.

Dni między Bożym Narodzeniem a Sylwestrem, to dni zupełnej destrukcji umysłowej. Z jednej strony dalej cieszymy się świętami, odwiedzamy rodzinę z kolędą na ustach i dojadamy resztki, a z drugiej strony, z zatrwożeniem patrzymy na wagę, która poszła w górę z powodu kilku dni przejedzenia, zastanawiamy się nad tym co musimy jeszcze na cito zrobić, zaczynamy sobie robić rachunek za jeszcze nie do końca miniony rok.

Czasami mam wrażenie, że te kilka dni są takim wydłużonym  i wcześniejszym

b l u e    m o n d a y.

Dlaczego?

Przyszedł czas podsumowań. Zastanowień nad tym co w tym roku nam się udało lepiej, co gorzej. I jasne, że są takie sprawy, do których nie mamy najmniejszych zastrzeżeń, z których jesteśmy dumni, ale są też sprawy niedokończone. Postanowienia, które odzwierciedlenie miały tylko w kilku  pierwszych dniach stycznia.

Nie jesteśmy idealni. Czyli wszystko w porządku.

Z mojego postanowienia zrzucenia kilku (albo więcej) kilogramów, kończę ten rok z dodatkowymi na liczniku; na siłownię chodziłam aby chodzić; pozbyłam się właśnie 15 cm włosów (w planach miały być długie i piękne), bo okazało się, że nie wiem dokładnie co to jest dobra pielęgnacja, a nakładanie kolejnych odżywek (w domyśle o składzie naturalnym), zamiast pomóc jeszcze bardziej je osłabiło;  nie udało mi się dziennie wypijać 2 l wody i ograniczyć picia kawy; i po raz kolejny nie udało mi się przeczytać kilku książek przekładanych z miejsca na miejsce.

Nie będę „piękna” na nowy rok.

Ale wcale nie o to chodzi.

Coroczne piękne i wzniosłe postanowienia mogą być nic nie warte.  Nie chodzi o to aby zmieniać się zewnętrznie. Można mówić i mówić o swoich planach, ale nie zawsze wszystko idzie po naszej myśli. Trzeba zaakceptować to, że nie jesteśmy samowystarczalni, i nie wszystko w naszym życiu zależy tylko i wyłącznie od nas.

Dodatkowe zlecenia, niespodziewana choroba, zmiana intensywności trybu życia, może nam trochę namieszać, a my i tak na koniec roku będziemy się zadręczać swoją beznadziejnością!

Ja nie lubię tego wielkiego przejścia w nowy rok. Chciałabym iść spać o normalnej porze, zwyczajowo czytając jakąś wciągającą lekturę, ale czy to jest możliwe? Otoczenie dyktuje nam, jak mamy żyć, jak spędzić tą noc, jak wytrwać w postanowieniach, i znów jak być ideałami.

A ideały do których dąży świat są związane tylko z zewnętrzną wersją nas. To jest przykre. Świat nie dba o to aby nam było dobrze wewnętrznie. Fit forma, nowe ubrania,nowinki techniczne i szybkie samochody – to nasza ostoja szczęśliwości. Brzmi pusto i beznadziejnie. Nie chcę absolutnie negować kwestii posiadania dóbr różnego rodzaju, co chcę bardziej podkreślić, że to nie załatwi nam sprawy samoakceptacji.

Musimy pokochać samych siebie. Na dobrą sprawę, tylko akceptując i kochając siebie jesteśmy w stanie kochać drugiego człowieka.

Dobrze jest czasami ze sobą pobyć, co nie jest wcale łatwe. Tak na chwilę, głucho, bez towarzystwa komputera, telefonu, muzyki. Jestem ja i ja. Koniec. Jesteśmy wtedy w stanie wsłuchać się w siebie. Zmierzyć się ze swoimi lękami i marzeniami. Porozmawiać ze sobą. Popatrzeć na siebie krytycznie, ale także podziwiać rzeczy którym podołaliśmy.

Możemy wzdychać nad tym ile planów nie udało nam się zrealizować, ale pomyślmy o tym co nam się udało! I nie udało „udało”, tylko udało, ponieważ nad tym pracowaliśmy. Poświęciliśmy trochę czasu, zarywaliśmy noce, wylaliśmy wiadra potu, łez, ale to zrobiliśmy. I nie musi chodzić o naszą formę. Może to był ważny projekt, może wymarzona praca, może to były sprawy rodzinne, może ukierunkowanie swojego życia.

Dla każdego było to niewątpliwie inne zadanie. Często nieplanowane. Często nie jedno.

Robiąc sobie nieuniknione podsumowanie roku, pewnie, spójrzmy na to co nam się nie udało, nie traćmy nadziei. Skupmy się na tym co nam wyszło! Ile wspaniałych rzeczy udało nam się osiągnąć. Bez wątpienia, możemy być z siebie dumni.

Ja jestem. Mimo iż większość moich postanowień przysłowiowy szlag trafił, zrobiłam rzeczy o których nawet nie śniłam.

Szczerze lubię planować, ale nie lubię wychodzić za bardzo w przyszłość. Zwyczajowo zbyt odległe planowanie za bardzo odbiega od faktycznego przebiegu wydarzeń.

Życie dyktuje nam często inną drogę niż ta, którą sobie idealnie zaplanujemy. Nie ubolewam nad tym. Wierzę, że scenariusz który dostaję, jest zdecydowanie lepszy niż ten, który mogłabym sobie zaplanować z idealnym planerem pod ręką.

Staram się skupiać, na rzeczach ważniejszych i tych które dotyczą tej i najbliższej chwili. Oczywiście w pewnych aspektach nie się zatrzymać i trzeba tworzyć wizje dalsze, ale nie można się do nich zbyt przywiązywać.

W tym roku także nie zabraknie mi postanowień. Mam nowe cele i marzenia.

Ale nie chcę, aby moim życiem zawładnęła chęć idealności, drogi „po trupach do celu”. Trzeba przyjąć to co dostajemy i zaakceptować w tym swoją rolę.

W tym roku chcę w trochę inny sposób podejść do swoich postanowień. Trzeźwo chcę podejść do kwestii zmiany daty. Koniec roku będzie dla mnie wyznacznikiem, ale nie totalną zmianą, będzie impulsem i motorem napędowym nowych postanowień i nowych wyzwań.

Bądź dumny z tego kim jesteś.

Nie stawiajmy na szali swojego życia, złudzeni fałszywym obrazem szczęścia serwowanym nam z każdej strony.

Stąpajmy twardo po ziemi, szanując swoje zasady, życie swoje i innych. Zróbmy porządek w naszych wnętrzach. Uporządkujmy naszą hierarchię wartości. Jasno określmy nasze dążenia, ale pamiętajmy by ich osiągnięcie nie naruszyło innej sfery naszego życia.

Taka jaka jesteś jesteś fajna,  nie musisz być idealna!

Życzę Wam samych błogosławieństw!