Nowy rok, stara ja?

Od ogółu do szczegółu. Czyli nie, nie podjęłam żadnych radykalnych kroków wraz ze zmianą daty. Oczywiście, coś się zmienia. Zmiany zachodzą cały czas, bez względu na to czy zaczynamy kolejny dzień, tydzień, miesiąc czy rok.

Czy sytuacja zmienia się wraz z nadejściem stycznia czy czerwca, szczerze nie ma dla mnie jakiegoś fundamentalnego znaczenia.

Mam oczywiście jakiś plan. Jakiś harmonogram. Coś co pomoże mi uporządkować moje życie (mimo, iż uważam, że nie ma tutaj gigantycznego bałaganu, nie ma, ale zawsze jest co sprzątać). Potrzebuję konkretnej miotły. 

Idealny planner?

Szczerze. Lubię planować. Rzeczy oczywiste. Zapisywać, podkreślać, notować, rysować.

Tak.

Zapisuję sobie cytat z Pisma Świętego, z ojców kościoła, któregoś świętego, czy po prostu, kilka mądrych słów. Zaznaczam w kalendarzu wydarzenia. Odznaczam sobie odmówione modlitwy. Zaznaczam, to co dzisiaj udało mi się przeczytać. Za co jestem wdzięczna i co dobrego udało mi się zrobić. Zapisuję spotkania, listy zakupów, dzienne priorytety.

Wiem, może to typowo, lub jak szaleństwo.  Ale jak Kanon Rzymski długi i szeroki  – przy intensywności mojego życia mam fatalną pamięć do takich spraw.

Słowo zapisane, trafia do mnie lepiej.

Zapisując, mam wrażenie większej kontroli, nad tym co robię i w jaki sposób.

Dlaczego chce zostać starą mną?

Bo naprawdę lubię siebie. Bez wielkiego egoizmu. Tak po „bożemu”.

Zaczęłam traktować siebie poważnej i świadomiej. Nauczyłam się, że nie wszystko w moim życiu musi iść po mojej myśli. Że nie wszyscy będą mnie kochać. Że nie jestem chodzącym ideałem. Że się potykam a potem wstaję. Że czasem coś naprawdę zawalę, i gorączkuję się aby to naprawić. Że powiem coś, czego naprawdę żałuję.

Lubię siebie, ale też patrzę na siebie krytycznie.

Nie chcę planować jakiś konkretnych odstępstw od tego kim jestem. Chcę być najlepszą wersją mnie. Chcę być lepsza, w tym co robię, co mówię i kim jestem.

Mam potrzebę działania. Nie lubię nic nie robić. Mam tysiące pomysłów na minutę, ale muszę studzić swój entuzjazm. Żyję w ciągłym biegu.  Ale właśnie takie je lubię, to moje życie.

Jasne, czasem się zatrzymuję na chwilę, czasem na dłużej.

Idę dalej, chcę coraz bardziej poznawać siebie, skoro jestem dla siebie ważna – to chcę nad sobą pracować. Praca nie oznacza dla mnie odwracania swojego życia o 180o.

Pracować – czyli w sumie trwać.

Praca jako zjawisko zabierające więcej czasu.

Gwałtowne zmiany wcale nie są długotrwałe. Niestety. Szybko rezygnujemy z założeń i wracamy do starych przyzwyczajeń.

Prządek w miejscu pracy gwarancją bezpieczeństwa.

Lubimy czuć się bezpiecznie i to jest całkowicie naturalne. Czuć się bezpiecznie można także duchowo – w punkt. Mniej się lękać, więcej działać.

Zrobić i utrzymywać porządek.

Mistrzostwo świata.

Porządek w nas – gwarancją bezpieczeństwa (teraz i na wieki).

Zaprowadzenie porządku i utrzymanie go, wymaga wysiłku, ciągłej pracy, a także wyrzeczeń. Znamy to, chociażby z czasów szkoły gdzie musieliśmy porządkować nasze biurka, aby potem działać na innej płaszczyźnie. I tak jest również w życiu duchowym. Najpierw muszę zrobić porządek, ustawić wszystko na swoim miejscu, aby potem móc działać (w każdej dziedzinie). To jest takie proste, takie jasne, ale z drugiej strony stwarza pewne obawy.

Czy mam po drodze z Bogiem? Spotykam się z nim? Rozmawiamy?

Myślę, że warto.

Zrobienie sobie w życiu takiego porządku, naprawdę czyni cuda. Potrafi naprawić wiele. Daje nadzieję. Wspiera. Jesteśmy my, w starej wersji, ale po duchowym liftingu, i jest dobrze. Jest lepiej niż dobrze.

Nie odkładajmy takich porządków ja jutro, na przyszły tydzień, przyszły rok, czy na starość – jasne, będzie pięknie, ale szkoda, że tak późno.

Nie próbujmy sobie wmawiać, że robiąc takie duchowe sprzątanie, wprowadzimy w nasze życie tylko dodatkowe ograniczenia. Pfff.. Niezła mi ściema! Jeśli już o tym mowa to ograniczenia nas otwierają na więcej!

Stosuję i polecam!

dojrzałość i Boże Narodzenie

Nie wiem co znaczy dojrzałość w wierze. Nie mam pojęcia czy ktokolwiek jest w stanie powiedzieć, że jego wiara jest dojrzała. Nie wiem czy ktokolwiek, może w ogóle wiedzieć czym jest dojrzałość religijna. Ale jest pewien moment – w moim mniemaniu przełomowy, ku temu aby twierdzić, że twoja wiara nie tyle jest w pełni dojrzała, ale dojrzalsza. Kiedy, świadomiej podchodzisz do wiary, kiedy na sprawy wiary patrzysz racjonalnie. Wydaje mi się, że jeden z momentów przełomowych, to jest ten moment, kiedy bardziej i lepiej przezywasz święta Wielkanocne. Kiedy w pełni świadomości, ustalisz sobie hierarchię świąt (zaznaczam tą pełną świadomość, bo tą myśl trzeba podjąć samemu).

Święta Narodzenia Pańskiego są wspaniałe. Przeżywamy cudowną tajemnicę Wcielenia. Słowo staję się Ciałem. Boża Miłość staje się Ciałem. Dziewica rodzi syna. Święty Józef ufa, wierzy i nie ucieka. Te święta są w pełni magiczne – chociaż magiczne nie jest tutaj adekwatnym słowem. Uwielbiam Boże Narodzenie, cudowną rodzinną atmosferę, wspólne śpiewanie kolęd, dom pachnący piernikiem i kompotem z suszu… Kto tego nie lubi? Ale jest także druga strona medalu. Jesteśmy tak super zaaferowani całą tą piękną atmosferą, że gdzieś się gubimy. Na ostatnią chwilę jedziemy do fryzjera, nerwowo pakujemy prezenty, a na to wszystko zapomnieliśmy kupić tradycyjnego napoju świątecznego z czerwoną etykietą. A zaprosiliśmy chociaż Solenizanta na Jego urodziny? Kurcze kiepsko to wygląda. Myślimy o prezentach – przyzwyczajamy się do tego, że co roku są piękniejsze, droższe… No kto tak nie ma? Kochamy rodzinną atmosferę podczas kolacji wigilijnej, wspólne wyjście na pasterkę, bogate dekoracje w kościele, żywe szopki, składanie sobie życzeń, wszyscy są nagle dla siebie mili. Bezsprzecznie jest to cudowne.

Są to bezkompromisowo rodzinne święta.

I teraz ja powiem tak. Czuję się dojrzalsza, odkąd Boże Narodzenie nie jest moim ulubionym okresem w roku. Nie, nie jest, chociaż je uwielbiam niesamowicie. Moim numerem jeden jest zdecydowanie Wielkanoc. Nie przeżywam jej w kwestii rodzinności (jasne rodzina też jest i jest na właściwym miejscu), ale głęboko duchowo. I to jest w tym wszystkim najpiękniejsze. Nie chodzi, mi stricte o porządek świąt w kalendarzu liturgicznym, ale o moje ich przeżywanie.

Bóg się rodzi w konkretnym celu. Nie możemy przeżywać Bożego Narodzenia w jednym kontekście.

Cud Bożego Narodzenia jest wspaniały. Trzeba jednak pamiętać, że cała otoczka towarzysząca nam w czasie tych świąt nie jest najważniejsza. Trzeba pamiętać, że Bóg nie przychodzi do nas w czasie świąt tylko pod postacią Dzieciątka. Bóg jest z nami codziennie, podczas każdej Mszy Świętej w tej samej postaci. I tak jest z nami w te święta. W kościele. Pod postacią Chleba i Wina. W ciele umęczonym i konającym. To się dzieje każdego dnia, bez względu na to jakie święta, uroczystość czy wspomnienie obchodzimy. Msza Święta w czasie Bożego Narodzenia jest zarówno pamiątką cudownych narodzin, ale także, zbawienną ofiarą Chrystusa, powtarzaną ciągle na nowo.

On, istniejąc w postaci Bożej,  nie skorzystał ze sposobności, aby na równi być z Bogiem, lecz ogołocił samego siebie, przyjąwszy postać sługi, stawszy się podobnym do ludzi.A w zewnętrznym przejawie, uznany za człowieka, uniżył samego siebie, stawszy się posłusznym aż do śmierci – i to śmierci krzyżowej. Dlatego też Bóg Go nad wszystko wywyższył i darował Mu imię ponad wszelkie imię, aby na imię Jezusa zgięło się każde kolano istot niebieskich i ziemskich i podziemnych. I aby wszelki język wyznał, że Jezus Chrystus jest PANEM – ku chwale Boga Ojca. (Flp 2, 6-11)

W czasie Bożego Narodzenia istotne jest zrozumienie tej kwestii.

Tak samo jak adwent, jest oczekiwaniem na dwóch płaszczyznach – na powtórne przyjście Boga, oraz bezpośrednio do świąt. Tak samo jest z Bożym Narodzeniem, nie jest to tylko symboliczne i historyczne wspomnienie wydarzeń z Betlejem. Świętujemy przyjście na świat naszego Odkupiciela. Przychodzącego na świat z pełnym balastem treści.

Dlatego ja w czasie tych właśnie świąt obchodzę również pamiątkę Zmartwychwstania Chrystusa, wspominam wieczerzę z uczniami, ogród Getsemani, drogę krzyżową i Golgotę. To mi daje w pełni przeżywać te święta.

Pamiętam, że jako dziecko, niesamowicie upierałam się przy tym, że Boże Narodzenie jest najważniejsze, że przecież jakby Bóg się nie narodził – by nie zmartwychwstał.

Jasne, że tak.

Ale będąc osobami wierzącymi, nie możemy rozumieć istoty Bożego Narodzenia jednostkowo. Musimy znać rangę wydarzeń. Musimy pamiętać o życiu, śmierci i zbawieniu.

I co jest ważne. Dzisiaj w szopce nie ma Boga – jest figurka Dzieciątka. Bóg jest w tabernakulum.

„Wobec tej niezwykłej rzeczywistości stajemy zdumieni i zaskoczeni: z jaką uległością i pokorą Bóg zapragnął złączyć się w ten sposób z człowiekiem! Jeśli ze wzruszeniem zatrzymujemy się przed szopką, rozważając Wcielenie Słowa, jakież uczucia powinny nas ogarniać wobec ołtarza, na którym przez ubogie dłonie kapłana Chrystus uobecnia w czasie swoją Ofiarę? Pozostaje nam jedynie zgiąć kolana i w ciszy adorować tę największą tajemnicę wiary”. (Jan Paweł II – list do kapłanów na Wielki Czwartek 2004)