kolejna stacja i wiadro wody

Nasz tegoroczny adwentowy trip dobiega końca. Przed nami drugi etap adwentu – bezpośrednie przygotowanie się do świąt. Adwent jest podróżą. Jest okazją do przemiany nas samych. Uwielbiam (szczerze uwielbiam) uogólnianie adwentu jako czasu radosnego oczekiwania. Znamy to! Jasne, że Boże Narodzenie, to wspaniale radosne święta, nie ma co do tego wątpliwości. Ale mam wrażenie, że w tej całej radości związanej z adwentem (lub z jego fałszywą otoczką rzucaną nam przez media), zapominamy z czego się cieszymy. Od dobrych kilku lat, staram się przeżywać adwent z dystansem, z dystansem od tego co zostaje nam serwowane z każdej możliwej strony. Staram się zmieniać swoje życie, małymi krokami, ale systematycznie, idąc do celu. Do celu którym jest nie tylko Boże Narodzenie tutaj, teraz na Ziemi, ale do celu który każdy z nas chcę osiągnąć – do nieba. Adwent powinien być dla nas takim impulsem do zmiany, czasem kontemplacji i wreszcie czasem przygotowania – przygotowania na powtórne przyjście Pana. Adwent jest takim autobusem – w którym jedziemy, ale musimy być czujni, czujni aby dotrzeć do celu naszej podróży.

Jadę autobusem. Codziennie pokonuję tę samą trasę. Rozpoznaję już ludzi którzy jeżdżą o tych samych godzinach. To już jest trochę tak, że czuję się z nimi w jakiś sposób związana, nie bezpośrednio ale jednak. Jedziemy w tym samym kierunku, kilka osób dojeżdża do ostatniego przystanku, w międzyczasie wiele wsiada i wysiada. Tak też jest z adwentem, z naszym postanowieniem zmiany, z naszą pracą nad sobą, czasami rezygnujemy – bo ciężko, ale wsiadamy z powrotem w kolejny autobus, jadący w tym samym kierunku.

Ludzie są różni, mniej lub bardziej charakterystyczni. Piękne w tym wszystkim jest to, że każdy z nas jedzie gdzieś w konkretnym celu. Taka zwykła, szara codzienność. Ale w takich sytuacjach warto się zatrzymać. Pojazd jedzie więc fizycznie nie stoimy w miejscu.

Tak mam, że patrząc na osobę, obserwując ją czasami zastanawiam się dokąd zmierza, co robi w życiu, kim jest, jaka jest? Może dziwne, trudno. Obserwacja ludzi – w tym wypadku bardzo przypadkowych, w różnym wieku, na pewno o różnych wartościach i zainteresowaniach, czasami potrafi otworzyć nam oczy. Po dłuższym oglądzie można ogarnąć kto jest w naszym teamie. Trzeba tylko otworzyć oczy i być czujnym.

Znacie ten stan kiedy, głupio wam jest zrobić znak krzyża mijając kościół, i robicie coś w formie „podrapałam się po klatce piersiowej” albo nerwowy gest pt. „odlećcie ode mnie komary”? Na pewno znacie. Nigdy się nad tym głębiej nie zastanawiałam. Jako dziecko przyzwyczaiłam się do robienia znaku krzyża przed moim kościołem parafialnym, i to by było na tyle. Szczerze przykro mi, że wcześniej nie zajarzyłam tematu. Że żegnałam się koło jednego (z wielu) mijanych po drodze przydrożnych krzyży. Jadąc tym autobusem, zobaczyłam jak pewna kobieta robi znak krzyża, jeszcze taki konkretny! TO BYŁO PIĘKNE! Cała dłoń wędruję ku czołu, niżej, w lewo i w prawo, a na na koniec składa ręce. W pierwszym momencie byłam pewna, że kobieta modli się w drodze (bardzo dobra forma spędzania podróży, polecam!), patrzę na nią a na sercu robi mi się ciepło (dosłownie, czuję taki piękny nieopisany spokój i radość). Widząc takich ludzi wiem, że gdziekolwiek jestem, to jestem w domu. Właśnie minęliśmy kościół na którego nawet konkretnie nie zwróciłam uwagi.

Jedziemy dalej, i ona po raz kolejny robi znak krzyża…

I w tym momencie znajoma siedząca obok, mówi „widzisz, i ona tak przy każdym kościele! czemu ty tak nie robisz?”. I to było jak kubeł zimnej wody. Zeszłam na ziemię, zrobiło mi się momentalnie głupio.

Wtedy przyszło pytanie czy ja się wstydzę mojej wiary? Sama zaczęłam sobie zadawać pytanie dokąd tak właściwie jadę?! Dlaczego mój kościół parafialny jest lepszy od tego na osiedlu którym mijam codziennie? Dlaczego przeżegnam się przy jednym wybranym mijanym krzyżu?

Sam krzyż jest pięknym znakiem, jest symbolem zwycięstwa! A my tak bardzo boimy się go pokazywać, nosimy mały krzyżyk na piersi, ale chowamy go pod t-shirtem, mijając kościół pomachamy ręką góra-dół i na boki, żeby ktoś przypadkiem nie zauważył, że zdążyliśmy się przeżegnać, ściągamy krzyże ze ścian, żeby zrobić miejsce na kolorowe obrazki, którym daleko do pobożnych motywów. Tu chodzi o pracę nad sobą. O to jak bardzo boimy się opinii drugiej osoby. Katedra nie jest lepsza, niż mały prowincjalny kościółek. Wielki przydrożny krzyż nie jest lepszy, od tego nieco mniejszego, przy którym nikt nie postawił kwiatów. Nie o to chodzi! Tu znowu chodzi o nas. O to jak postrzegamy nasze otoczenie i fakty. Dla nas każdy krzyż – jest taki sam. Każdy kościół, choćby najmniejszy jest prawdziwie mieszkaniem Boga. W każdym kościele na nowo Słowo staję się Ciałem. Chrystus jest obecny prawdziwie. Ale czy nie przysłaniają nam tego ciemne okulary?

Wtedy zrozumiałam, że każdorazowy znak krzyża który wykonywała ta kobieta, był jak przystanek na naszej trasie. Konkretny punkt zaczepienia, taki odnośnik, który pomaga nam utrzymać się na drodze która jedzie w konkretnym kierunku. Każdorazowy gest czyniony przez nią był konkretnym przyznaniem się do wiary. Był jak mocny krok, pewne stanięcie na ziemi.