Niecodzienne spotkanie. (artystyczna) ewangelizacja

Boże Miłosierdzie jest modne. Nie chcę pisać żadnego podsumowania Jubileuszowego Roku Miłosierdzia, to już było. Czasem natomiast mam wrażenie, że każda osoba czytała inną definicję Bożego Miłosierdzia (jeśli to w ogóle możliwe), każdy interpretuje je jak chce, a na to wszytko przychodzi twierdzenie – hulaj dusza piekła nie ma. Niestety miałam okazję spotkać takie podejście. Mam z tym ogromny problem, i chyba nie tylko ja. Oczywiście, że jestem fanką miłosierdzia, ale po minionym roku, uważam, że zachodziłaby potrzeba roku sprawiedliwości.

Bóg jest nieskończenie dobry – z tym, że – za dobre wynagradza, a za złe karze.

Rzeczy ostateczne z którymi się zmierzymy to: śmierć, sąd, niebo albo piekło

– niby oczywiste, ale warto to sobie gdzieś zapisać, tak w razie wu.

Czyli piekło istnieje naprawdę – i w sumie ta myśl mi stale towarzyszy.

Ale nie do końca o tym.

O innych owocach Bożego Miłosierdzia.

Jakiś czas temu, na pełnych obrotach wleciałam do Muzeum. W totalnym zakręceniu. Między jednym zajęciem a drugim udało mi się wygospodarować wolną chwilę. Jaka byłam szczęśliwa, tym bardziej, że ową wystawę czasową zostawiłam sobie na ostatnią chwilę (trzy dni do końca ekspozycji). Classic. Wpadłam, przywitał mnie stróż i jakiś starszy mężczyzna z bujna fryzurą, zdążyłam się przedstawić jako studentka historii sztuki, i od razu zaczęłam ściągać płaszcz. Poniedziałek – muzeum zamknięte. Wróć, mówi się trudno, nawet nie ogarnęłam, że dzisiaj poniedziałek. Zapinam płaszcz.  Do widzenia, życzę miłego dnia.Z niepyszną miną odchodzę. Łapię za klamkę ciężkich drzwi, wychodzę, przed muzeum zatrzymuję się jeszcze na przysłowiowy moment, aby znaleźć coś w torbie. Obracam się a za mną stoi ten mężczyzna, który przed chwilą razem ze mną stał na holu muzeum. Zaczynamy rozmawiać. Usłyszał, że jestem z historii sztuki – w sumie łatwy grunt do rozmowy, pod budynkiem muzeum. Rozmowa się klei, całkowicie ogólnie, o pięknie, o sztuce, o muzyce, o artystach, o ludziach. To była naprawdę miła chwila – dosłownie chwila. Rozchodzimy się, każdy w swoją stronę, w stronę swojego życia, swoich obowiązków i celów. Do zobaczenia, miło było poznać – to już słowa padające z pewnej odległości.

Krzyknął Szczęść Boże – a ja stanęłam jak wryta. Oniemiałam, dosłownie oniemiałam. Bóg zapłać.

– Znaczą te słowa coś dla pani?

-I to jak!

Odrzuciliśmy obrane przez nas kierunki w celu kontynuacji naszej rozmowy, tym razem mniej ogólnej. A mnie ogarnęła ogromna radość.

-jeśli to coś dla pani znaczy to mam dla pani prezent.

I w tym momencie mężczyzna wyciągnął coś z kieszeni, wyciągnął rękę i przekazał mi, a moim oczom ukazał się Cudowny Medalik. 

„Dostąpią wielkich łask, szczególnie jeśli go będą nosili na szyi. Tych, którzy we mnie ufają, wieloma łaskami obdarzę.”

I znowu byłam w szoku.

-To na pewno też coś dla Pani znaczy… rozumiem, że wie Pani co jej przekazałem.

-TAK!

-To wie Pani co z tym zrobić. Jest pani 1012 osobą w Roku Miłosierdzia, która ode mnie otrzymała taki prezent.

Rozmawialiśmy jeszcze przez chwilę, o zgromadzeniu sióstr Szarytek, o św. Katarzynie Labouré, o Rue de Bac w Paryżu, o 1830 roku.

Tym razem już głębiej. Rozmawialiśmy o Bożej Miłości i modlitwie.

Spotkałam przyjaciela, nie wiem jak się nazywał, kim dokładnie był, nawet nie wiem czy bym go dzisiaj rozpoznała.

To było cudowne spotkanie, dalej się nim zachwycam trzymając otrzymany medalik w ręce.

W świecie, w którym coraz mniej ludzi potrafi przyznać się do swojej wiary, a co dopiero o niej rozmawiać, spotykam człowieka – który swoją miłością do Boga zaraża, z pasją opowiada O Jego Matce. Miód, malina. Dosłownie.

Jej medalik rozdawać, gdzie się tylko da: i dzieciom, by zawsze go na szyi nosiły i starszym, i młodzieży zwłaszcza, by pod Jej opieką miała dosyć sił do odparcia tylu pokus i zasadzek czyhających na nią w naszych czasach. A już tym, co do kościoła nie zaglądają, do spowiedzi boją się przyjść, z praktyk religijnych szydzą, z prawd wiary się śmieją, zagrzęźli w błoto moralne albo poza Kościołem w herezji przebywają – o tym, to już koniecznie medalik Niepokalanej ofiarować i prosić, by zechcieli go nosić, a tymczasem gorąco Niepokalaną błagać o ich nawrócenie. Wielu nawet wtedy radę znajduje, gdy kto nie chce w żaden sposób przyjąć medalika. Ot po prostu wszywają go po kryjomu do ubrania i modlą się, a Niepokalana prędzej czy później okazuje, co potrafi… Dużo jest zła na świecie, ale pamiętajmy, że Niepokalana potężniejsza i Ona zetrze głowę węża piekielnego.

św. Maksymilian Maria Kolbe