Dlaczego nie chodzę na Msze dla dzieci?

Msze dla dzieci?

Powstały chyba w wyniku złego rozumienia Vaticanum Secundum, do tego rozprzestrzeniły się na ogromną skalę. Dosłownie. To już nie jest jedna Msza dla dzieci w niedzielę, to są kolejne Msze dla dorosłych, którym serwuje się to samo co dzieciom. Dla osoby, która chce czerpać jak najwięcej z liturgii Mszy Świętej, jest to nie lada wyzwanie.

Liturgią nie można się bawić.

Tak. Jestem nadwrażliwcem.

Msze dla dzieci, a może za Mszałem Rzymskim powinnam powiedzieć Msze Święte z udziałem dzieci, po prostu mnie bolą.

Uczestnicząc mam dziwne wrażenie, że biorę udział w jakimś spektaklu, którego nie rozumiem.  Czyżbym wyrosła? I tu wydaje mi się, że to nie jest kwestia wyrośnięcia, bo przecież są ludzie, którzy specjalnie chodzą na „tego typu” Msze – bo jest fajnie.

Ogólnie „bo jest fajnie” to jest chyba mój ulubiony argument.

Jako dziecko również czynnie uczestniczyłam w mszach dla dzieci – nie powiem, na nich czułam się świetnie, ale sacrum odczuwalne było w śladowych ilościach, wszystko na rzecz „funu”, dobra, umówmy się – jako dziecko nie zastanawiałam się nad przeżywaniem czegokolwiek duchowo.

Dzieci przychodzą do kościoła szybciej, zajmują miejsca w pierwszych ławkach, schola śpiewa piosenki, które nawet nie stały koło pieśni liturgicznych, kapłan wchodząc do prezbiterium „puszcza oczka” dzieciaczkom. Idziemy dalej, mamy akt pokuty, który bardziej klimatem przypomina o tym jak jest fajnie, niźli składnia do jakiejkolwiek refleksji i wzbudzaniu wewnętrznego żalu. Zza ołtarza prowadzone są konwersacje z dziećmi – aby pobudzić ich czujność.

Najczęściej pomijane jest jedno z czytań, na rzecz wydłużonego kazania – kazanie również gorąco angażujące młodszą warstwę zgromadzonych. W czasie kazania – odgrywana jest jakaś skoczna pioseneczka, kapłan z dziećmi tańczą (Msza Święta nie jest zajęciami ruchowymi). Ogólnie jest nieźle. Nikt się nie nudzi. Z ambony padają dowcipy i śmieszne historyjki. Modlitwa powszechna z reguły już nie z tzw. „świętego segregatorka”, również inwencja twórcza dzieci. Klasyk „Módlmy się za Pana Jezuska”. Wyznanie wiary zastępowane Aktem wiary, nadziei i miłości. Plis litości! Pomijając kwestię przemaglowanej w każdą stronę II ME, moje ulubione Ojcze Nasz – dzieci robią kółeczko wokół ołtarza, wszyscy trzymają się za ręce, po tym następuje przekazanie znaku pokoju, który to robi kompletny bałagan, dzieci zapominają o obecności Chrystusa Eucharystycznego, a biegają po cały kościele, aby wszystkim znajomym podać rękę. Zaraz po Komunii Świętej, błogosławieństwo dzieci, które nerwowo wyrywają się z ławek, aby ksiądz na ich czółkach uczynił znak krzyża – ok. ale dzieje się to zazwyczaj zanim kapłan pozbędzie się ewentualnych partykuł ze swoich rąk… Na uwielbieniu też jest ciekawie – tutaj masowe klaskanie. Dodatkowym bonusem za uczestnictwo we Mszy Świętej niedzielnej są naklejki/obrazki/whatever. Dla kształtowania wiary w dzieciach to zjawisko też nie jest super – w centrum zwykle pozostaje błaznujący kapłan, który chce swoją osobą zainteresować zgromadzonych.

Msze dla dzieci nie prowadzą do lepszego jej zrozumienia, a raczej dla jeszcze większego pytania i szukania realnego sensu Mszy Świętej.

Msza jest bezkrwawą powtórką z Golgoty. Serio.

Nie lubię gdy z rzeczy poważnych, robi się jaja – a niestety tak właśnie czuję się na Mszach dla dzieci. Dzieci, jak dzieci – wezmą to co im się da. Ale czy warto? Dzieci są rozsądne i wyrozumiałe, szczególnie w sprawach ważnych – nie można im sprzedawać wiary w taki sposób.

Czasami mam wrażenie, że z Mszy świętej robi się spotkanie w gronie kumpelskim.

Ja wtedy naprawdę wpadam w gorzką rozpacz połączoną z ultra gniewem. Próbuję sobie wyobrazić Maryję, która stojąc pod krzyżem na którym umiera jej Syn zaczyna klaskać czy tańczyć. Nie widzę tego.

Dobra, jest sobie już ta Msza dla dzieci, one się cieszą jak głupie, śpiewają wesołe piosenki, tańczą,układają świetne intencje, ogólnie – jest dość rozwojowy i luźny klimacik. OK. Ale co potem? Dziecko wchodzące w wiek nastoletni, nie lubi już Mszy dla dzieci – bo infantylna, a ono czuje się już jak dorosły. Ale Msza dla dorosłych też stanowi problem, jest dla niego totalnie nudna. To jest naprawdę długi i męczący proces przejścia z mszy na potrzeby dzieciaków w konkretną, „prawdziwą” Mszę Świętą. Po „fajnych” przygotowaniach dzieci do Pierwszej Komunii Świętej, przygotowanie do bierzmowania, jest już tylko żmudnym musem, bo już nie czuć tego polotu i fajności jakie było kiedyś. Młodzież nie chce chodzić do kościoła – i myślę, że jest to jeden z owoców infantylnej liturgii.

Msze dla dzieci mnie nie bawią, a nawet jeszcze gorzej, uważam, może zbyt odważnie, że są pewnego rodzaju pułapką, z której ciężko wyjść. Jest tu problemem na gruncie przekazu informacji i znaczenia Najświętszej Ofiary. Dalej. Nie są jednoznaczne i wprowadzają chaos. Prowadzone są w taki sposób, aby dzieci dobrze się na nich czuły, ma być fajnie, przyjemnie i ciekawie.

Dalej jest gorzej, gdy w momencie rozmowy z dorosłymi osobami człowiek dowiaduje się, że przecież taniec w liturgii Mszy świętej nie jest od dzisiaj, a przecież wiara nie może być sztywna i smutna, że nie chodzi o ciszę i samo klepanie formułek, że tu musi być coś nowego i innego.

Jasne, bo „Pan Bóg się przecież nie obrazi”…

liturgista-terrorysta?

Świadomość liturgii, czyli ziemskiego centrum chrześcijańskiego życia nie bierze się ot tak. Zdecydowanie zmienia człowieka wewnętrznie. Zaczyna się zwykle niewinnie, i nie, nie grozi nagłą zmianą koncepcji swojego życia, niemniej jednak – stopniową na pewno. Umówmy się -osoba która poznała liturgię, nie może jej nie kochać, ale mimo miłości może ją traktować po omacku.

Liturgia sama w sobie jest tworem pięknym (a przynajmniej powinna być).

Liturgia Mszy świętej jest ofiarą Chrystusa na krzyżu. Nie powinna być przypadkowa czy okraszona inwencją twórczą.

Dla liturgii zasadniczą rzeczą jest ustanowienie. Liturgia nie może wypływać z naszej fantazji bądź kreatywności, gdyż wówczas pozostawałaby wołaniem pozbawionym odzewu lub też byłaby jedynie samopotwierdzeniem.                                                                                                        Benedykt XVI

Nie ukrywajmy, są przepisy, dotyczące naprawdę wielu kwestii, przez miejsce celebracji (w którym super klimatyczna plaża – nie jest godnym miejscem), kwestie szat i paramentów, modlitw. Ale i o tym czasami pamiętać trudno. 

Liturgiści mają trudne życie.

Pół żartem, pół serio, ale coś w tym jest.

Osoba świecka nie raz może się spotkać ze szkalowaniem, bo przecież co ona może wiedzieć. Mówi się, że ksiądz wie lepiej. Jasne, nie neguję, ale czasami można mieć poważne wątpliwości.

Może się okazać, że mechanik samochodowy czy sprzątaczka ma zdecydowanie większe pojęcie, wszak jest prawdziwym pasjonatem. Nie jest powiedziane, że trzeba skończyć konkretny kurs teologiczny, aby znać się na liturgii i móc się wypowiadać. 

Liturgia jest rzeczą wspólną, my w niej uczestniczymy i za nią odpowiadamy.

Kiedyś wydawało mi się, że znajomość wewnętrznej i budulcowej warstwy liturgii Mszy świętej jest zarezerwowana tylko i wyłącznie dla grona braci kapłańskiej. Jak coś się w kościele działo – to na pewno tak jak było, było dobrze, bo przecież kapłani wiedzą co robią,i z Czym (Kim) mają do czynienia.

U nas się naucza dzieci Katechizmu, natomiast dorosłych się w Kościele błogosławi. A Pan Jezus robił dokładnie na odwrót – dzieci błogosławił, a nauczał dorosłych. Trzeba tę książkę przerobić strona po stronie z ambony, a dorosłymi ludźmi, którzy sobie nie zdają sprawy z tego do czego przynależą.

Wojciech Cejrowski

– do gościa mam dystans, ale tym tekstem trafił w sedno. Dzieciom mówi się naprawdę wiele, a nie daje się im przykładu. Dorośli potrzebują tej wiedzy, zdecydowanie bardziej niż dzieci, chociażby po to właśnie aby przekazywać ją dalej.Uważam, że dla szanujących się katolików formacja liturgiczna powinna postawiona być naprawdę wysoko. Katolik powinien wiedzieć co wolno, a czego nie należy robić.

Dla mnie kwestią naprawdę niecierpiącą zwłoki, jest wpajanie tej wiedzy. Mamy zdecydowany problem.

Często można usłyszeć tłumaczenie, że coś jest dobre bo „w naszej parafii tak jest” / „a nasz ksiądz się na to zgadza” / „nikt sobie z tego nic nie robi”.

Szczerze, poziom dość żenujący.

Trzeba wpoić sobie to, że przepisy nie są po to żeby je łamać, i tak jest także w kwestiach dotyczących Mszy świętej, a nawet ośmielę się powiedzieć, że dla katolików powinny być to jedne z najważniejszych przepisów.

To, że powinno się śpiewać pieśni takie a nie inne, że każdy instrument nie jest przeznaczony do użytku liturgicznego, że kadzidłem nie wymachuje się jak chce, że w kościele nie należy klaskać…

Od klaskania w moim przypadku się zaczęło. Nie klaszczę w kościele, nigdy.

Jeśli w liturgii oklaskuje się ludzkie dokonania, to jest to zawsze ewidentny znak tego, iż całkowicie zagubiono istotę liturgii i zastąpiono ją rodzajem religijnej rozrywki.

Benedykt XVI

Moja „przygoda” z zainteresowaniem przepisami liturgicznymi, zaczęła się właśnie od tego cytatu z Ducha Liturgii, mojego ukochanego Papa Ratzi. To wtedy zdałam sobie sprawę, że nie na wszystko w liturgii można pozwalać i nie wszytko można robić.

Czasami rzeczy wydające się mało istotnymi – rzutują na jakości liturgii.

Różnica między liturgista a terrorystą polega na tym, że z liturgistą nie da się negocjować.

Kapłan, który wiernie sprawuje Mszę świętą według norm liturgicznych, oraz wspólnota, która się do nich dostosowuje, ukazują w sposób dyskretny, lecz wymowny swą miłość do Kościoła

Jan Paweł II, Ecclesia de Eucharistia