Dlaczego nie chodzę na Msze dla dzieci?

Msze dla dzieci?

Powstały chyba w wyniku złego rozumienia Vaticanum Secundum, do tego rozprzestrzeniły się na ogromną skalę. Dosłownie. To już nie jest jedna Msza dla dzieci w niedzielę, to są kolejne Msze dla dorosłych, którym serwuje się to samo co dzieciom. Dla osoby, która chce czerpać jak najwięcej z liturgii Mszy Świętej, jest to nie lada wyzwanie.

Liturgią nie można się bawić.

Tak. Jestem nadwrażliwcem.

Msze dla dzieci, a może za Mszałem Rzymskim powinnam powiedzieć Msze Święte z udziałem dzieci, po prostu mnie bolą.

Uczestnicząc mam dziwne wrażenie, że biorę udział w jakimś spektaklu, którego nie rozumiem.  Czyżbym wyrosła? I tu wydaje mi się, że to nie jest kwestia wyrośnięcia, bo przecież są ludzie, którzy specjalnie chodzą na „tego typu” Msze – bo jest fajnie.

Ogólnie „bo jest fajnie” to jest chyba mój ulubiony argument.

Jako dziecko również czynnie uczestniczyłam w mszach dla dzieci – nie powiem, na nich czułam się świetnie, ale sacrum odczuwalne było w śladowych ilościach, wszystko na rzecz „funu”, dobra, umówmy się – jako dziecko nie zastanawiałam się nad przeżywaniem czegokolwiek duchowo.

Dzieci przychodzą do kościoła szybciej, zajmują miejsca w pierwszych ławkach, schola śpiewa piosenki, które nawet nie stały koło pieśni liturgicznych, kapłan wchodząc do prezbiterium „puszcza oczka” dzieciaczkom. Idziemy dalej, mamy akt pokuty, który bardziej klimatem przypomina o tym jak jest fajnie, niźli składnia do jakiejkolwiek refleksji i wzbudzaniu wewnętrznego żalu. Zza ołtarza prowadzone są konwersacje z dziećmi – aby pobudzić ich czujność.

Najczęściej pomijane jest jedno z czytań, na rzecz wydłużonego kazania – kazanie również gorąco angażujące młodszą warstwę zgromadzonych. W czasie kazania – odgrywana jest jakaś skoczna pioseneczka, kapłan z dziećmi tańczą (Msza Święta nie jest zajęciami ruchowymi). Ogólnie jest nieźle. Nikt się nie nudzi. Z ambony padają dowcipy i śmieszne historyjki. Modlitwa powszechna z reguły już nie z tzw. „świętego segregatorka”, również inwencja twórcza dzieci. Klasyk „Módlmy się za Pana Jezuska”. Wyznanie wiary zastępowane Aktem wiary, nadziei i miłości. Plis litości! Pomijając kwestię przemaglowanej w każdą stronę II ME, moje ulubione Ojcze Nasz – dzieci robią kółeczko wokół ołtarza, wszyscy trzymają się za ręce, po tym następuje przekazanie znaku pokoju, który to robi kompletny bałagan, dzieci zapominają o obecności Chrystusa Eucharystycznego, a biegają po cały kościele, aby wszystkim znajomym podać rękę. Zaraz po Komunii Świętej, błogosławieństwo dzieci, które nerwowo wyrywają się z ławek, aby ksiądz na ich czółkach uczynił znak krzyża – ok. ale dzieje się to zazwyczaj zanim kapłan pozbędzie się ewentualnych partykuł ze swoich rąk… Na uwielbieniu też jest ciekawie – tutaj masowe klaskanie. Dodatkowym bonusem za uczestnictwo we Mszy Świętej niedzielnej są naklejki/obrazki/whatever. Dla kształtowania wiary w dzieciach to zjawisko też nie jest super – w centrum zwykle pozostaje błaznujący kapłan, który chce swoją osobą zainteresować zgromadzonych.

Msze dla dzieci nie prowadzą do lepszego jej zrozumienia, a raczej dla jeszcze większego pytania i szukania realnego sensu Mszy Świętej.

Msza jest bezkrwawą powtórką z Golgoty. Serio.

Nie lubię gdy z rzeczy poważnych, robi się jaja – a niestety tak właśnie czuję się na Mszach dla dzieci. Dzieci, jak dzieci – wezmą to co im się da. Ale czy warto? Dzieci są rozsądne i wyrozumiałe, szczególnie w sprawach ważnych – nie można im sprzedawać wiary w taki sposób.

Czasami mam wrażenie, że z Mszy świętej robi się spotkanie w gronie kumpelskim.

Ja wtedy naprawdę wpadam w gorzką rozpacz połączoną z ultra gniewem. Próbuję sobie wyobrazić Maryję, która stojąc pod krzyżem na którym umiera jej Syn zaczyna klaskać czy tańczyć. Nie widzę tego.

Dobra, jest sobie już ta Msza dla dzieci, one się cieszą jak głupie, śpiewają wesołe piosenki, tańczą,układają świetne intencje, ogólnie – jest dość rozwojowy i luźny klimacik. OK. Ale co potem? Dziecko wchodzące w wiek nastoletni, nie lubi już Mszy dla dzieci – bo infantylna, a ono czuje się już jak dorosły. Ale Msza dla dorosłych też stanowi problem, jest dla niego totalnie nudna. To jest naprawdę długi i męczący proces przejścia z mszy na potrzeby dzieciaków w konkretną, „prawdziwą” Mszę Świętą. Po „fajnych” przygotowaniach dzieci do Pierwszej Komunii Świętej, przygotowanie do bierzmowania, jest już tylko żmudnym musem, bo już nie czuć tego polotu i fajności jakie było kiedyś. Młodzież nie chce chodzić do kościoła – i myślę, że jest to jeden z owoców infantylnej liturgii.

Msze dla dzieci mnie nie bawią, a nawet jeszcze gorzej, uważam, może zbyt odważnie, że są pewnego rodzaju pułapką, z której ciężko wyjść. Jest tu problemem na gruncie przekazu informacji i znaczenia Najświętszej Ofiary. Dalej. Nie są jednoznaczne i wprowadzają chaos. Prowadzone są w taki sposób, aby dzieci dobrze się na nich czuły, ma być fajnie, przyjemnie i ciekawie.

Dalej jest gorzej, gdy w momencie rozmowy z dorosłymi osobami człowiek dowiaduje się, że przecież taniec w liturgii Mszy świętej nie jest od dzisiaj, a przecież wiara nie może być sztywna i smutna, że nie chodzi o ciszę i samo klepanie formułek, że tu musi być coś nowego i innego.

Jasne, bo „Pan Bóg się przecież nie obrazi”…

liturgista-terrorysta?

Świadomość liturgii, czyli ziemskiego centrum chrześcijańskiego życia nie bierze się ot tak. Zdecydowanie zmienia człowieka wewnętrznie. Zaczyna się zwykle niewinnie, i nie, nie grozi nagłą zmianą koncepcji swojego życia, niemniej jednak – stopniową na pewno. Umówmy się -osoba która poznała liturgię, nie może jej nie kochać, ale mimo miłości może ją traktować po omacku.

Liturgia sama w sobie jest tworem pięknym (a przynajmniej powinna być).

Liturgia Mszy świętej jest ofiarą Chrystusa na krzyżu. Nie powinna być przypadkowa czy okraszona inwencją twórczą.

Dla liturgii zasadniczą rzeczą jest ustanowienie. Liturgia nie może wypływać z naszej fantazji bądź kreatywności, gdyż wówczas pozostawałaby wołaniem pozbawionym odzewu lub też byłaby jedynie samopotwierdzeniem.                                                                                                        Benedykt XVI

Nie ukrywajmy, są przepisy, dotyczące naprawdę wielu kwestii, przez miejsce celebracji (w którym super klimatyczna plaża – nie jest godnym miejscem), kwestie szat i paramentów, modlitw. Ale i o tym czasami pamiętać trudno. 

Liturgiści mają trudne życie.

Pół żartem, pół serio, ale coś w tym jest.

Osoba świecka nie raz może się spotkać ze szkalowaniem, bo przecież co ona może wiedzieć. Mówi się, że ksiądz wie lepiej. Jasne, nie neguję, ale czasami można mieć poważne wątpliwości.

Może się okazać, że mechanik samochodowy czy sprzątaczka ma zdecydowanie większe pojęcie, wszak jest prawdziwym pasjonatem. Nie jest powiedziane, że trzeba skończyć konkretny kurs teologiczny, aby znać się na liturgii i móc się wypowiadać. 

Liturgia jest rzeczą wspólną, my w niej uczestniczymy i za nią odpowiadamy.

Kiedyś wydawało mi się, że znajomość wewnętrznej i budulcowej warstwy liturgii Mszy świętej jest zarezerwowana tylko i wyłącznie dla grona braci kapłańskiej. Jak coś się w kościele działo – to na pewno tak jak było, było dobrze, bo przecież kapłani wiedzą co robią,i z Czym (Kim) mają do czynienia.

U nas się naucza dzieci Katechizmu, natomiast dorosłych się w Kościele błogosławi. A Pan Jezus robił dokładnie na odwrót – dzieci błogosławił, a nauczał dorosłych. Trzeba tę książkę przerobić strona po stronie z ambony, a dorosłymi ludźmi, którzy sobie nie zdają sprawy z tego do czego przynależą.

Wojciech Cejrowski

– do gościa mam dystans, ale tym tekstem trafił w sedno. Dzieciom mówi się naprawdę wiele, a nie daje się im przykładu. Dorośli potrzebują tej wiedzy, zdecydowanie bardziej niż dzieci, chociażby po to właśnie aby przekazywać ją dalej.Uważam, że dla szanujących się katolików formacja liturgiczna powinna postawiona być naprawdę wysoko. Katolik powinien wiedzieć co wolno, a czego nie należy robić.

Dla mnie kwestią naprawdę niecierpiącą zwłoki, jest wpajanie tej wiedzy. Mamy zdecydowany problem.

Często można usłyszeć tłumaczenie, że coś jest dobre bo „w naszej parafii tak jest” / „a nasz ksiądz się na to zgadza” / „nikt sobie z tego nic nie robi”.

Szczerze, poziom dość żenujący.

Trzeba wpoić sobie to, że przepisy nie są po to żeby je łamać, i tak jest także w kwestiach dotyczących Mszy świętej, a nawet ośmielę się powiedzieć, że dla katolików powinny być to jedne z najważniejszych przepisów.

To, że powinno się śpiewać pieśni takie a nie inne, że każdy instrument nie jest przeznaczony do użytku liturgicznego, że kadzidłem nie wymachuje się jak chce, że w kościele nie należy klaskać…

Od klaskania w moim przypadku się zaczęło. Nie klaszczę w kościele, nigdy.

Jeśli w liturgii oklaskuje się ludzkie dokonania, to jest to zawsze ewidentny znak tego, iż całkowicie zagubiono istotę liturgii i zastąpiono ją rodzajem religijnej rozrywki.

Benedykt XVI

Moja „przygoda” z zainteresowaniem przepisami liturgicznymi, zaczęła się właśnie od tego cytatu z Ducha Liturgii, mojego ukochanego Papa Ratzi. To wtedy zdałam sobie sprawę, że nie na wszystko w liturgii można pozwalać i nie wszytko można robić.

Czasami rzeczy wydające się mało istotnymi – rzutują na jakości liturgii.

Różnica między liturgista a terrorystą polega na tym, że z liturgistą nie da się negocjować.

Kapłan, który wiernie sprawuje Mszę świętą według norm liturgicznych, oraz wspólnota, która się do nich dostosowuje, ukazują w sposób dyskretny, lecz wymowny swą miłość do Kościoła

Jan Paweł II, Ecclesia de Eucharistia

Ratzinger & Lewis

Joseph Ratzinger GŁÓD BOGA Kazania z Pentling

Kościoły pustoszeją. Młodzi odchodzą. […] On ciągle jest tu z nami, w ciszy i bez rozgłosu, w swojej boskiej prostocie i dobroci. A naszą odpowiedzią jest daleko posunięta obojętność.

Zbiór naprawdę konkretnych kazań wygłoszonych przez mojego ukochanego Papieża Emeryta w kościołach Bawarskiego Pentling w latach 1986-1999. Jest to dziesięć kazań którym towarzyszą czytania mszalne. Kazania poruszające i skłaniające do refleksji. Książka do przeczytania w dwa popołudnia, ale zdecydowanie lepiej smakuje dozowana w małych ilościach. Homilie ówczesnego kardynała ukazują jego faktyczny Głód Boga, jest to świadectwo silnej, dziecięcej wiary Benedykta.  Ratzinger stawia na pierwszym miejscu Boga, zachęca aby Go słuchano, pragnie aby ludzie poczuli Bożą Miłość.

Przez ten zbiór homilii przemawia prostota, zarówno słowna (do zrozumienia nie jest potrzebna wyszukana wiedza teologiczna, ale i odwrotnie, nie ma tutaj infantylizacji) jak i prostota w przekazie.

Ówczesny prefekt Kongregacji nauki wiary, patrzy dość krytycznie na społeczeństwo, wtedy małej społeczności bawarskiej, dzisiaj wciąż aktualnie – zdecydowanie szerzej. Widzi problemy z którymi borykają się osoby wierzące. „Przerażają mnie nieraz listy, które dostaję z Niemiec od ludzi, którzy z pewnością wiele wiedzą o swojej dziedzinie i są bardzo rozsądni, ale którym z tej racji wydaje się, że mogą osądzać wszystko i wypowiadać się w sposób niewiarygodnie głupi i arogancki na temat rzeczy, których kompletnie nie rozumieją. Pycha przeszkadza w wierze.”

Ostrzega przed zastępowaniem odwiecznej wiary kościoła, swoją wizją wiary. Upomina, że Kościół nie jest nasz, że jest Kościołem Chrystusowym. „Człowiek jest tak wielki, że zaspokoić może go tylko to, co nieskończone.” Zachęca do prawdziwej wiary i upomina, zwraca uwagę na grzechy, które stawiają człowieka i jego myślenie na pierwszym miejscu. Ostatnie słowo zostawia zawsze Bogu. 

IMG_2490.jpg

C.S Lewis Listy starego diabła do młodego

Książka – klasyka, pisana w bardzo przewrotny i niebanalny sposób. Jest to zbiór korespondencji starego, doświadczonego diabła do swego ucznia. Niekonwencjonalny poradnik, jak sprowadzić człowieka na złą drogę. W listach można znaleźć odpowiedzi na wiele nurtujących pytań. Autor analizuje ludzkie zachowanie, wchodzi wgłąb człowieka, w jego myśli i pobudki, które nim kierują.

Lewis porusza dogłębnie motyw kondycji człowieka. Ukazuje, że letniość w wierze jest ogromnym zagrożeniem. Zwraca uwagę, że człowiek jest istotą słabą, którą bardzo łatwo zmanipulować i rozproszyć. Pokazuję naturę naszych słabości.

Książka o człowieku, o jego pragnieniach, słabościach, o dążeniu do doskonałości i upadkach. O wolnej woli. O istocie życiowych wyborów. O walce między złem a dobrem. Materiał do konkretnego rachunku sumienia i spojrzenia z innej perspektywy na swoje życie.

Daję Owsiakowi

Jurek Owsiak – osoba dzisiaj na pierwszym planie. Na językach wszystkich polaków. Tak, jest twarzą główną swojej corocznej akcji po raz 25. Szczerze – mam do gościa dystans. Duży dystans. Bardzo duży dystans. Bazuję na opinii, która jest nam serwowana. Nie wiem na ile jest ona zgodna z prawdą. Nie znam jego stopnia uczciwości.

Ale powiem tak. Jakąkolwiek ma opinię – szanuję. Jakiekolwiek ma poglądy – szanuję, nie widzę innej opcji. I niestety jego działania czasem wybiegają daleko poza moją linię krytyczną, ale powiem to jeszcze raz – szanuję gościa. Nie za to kim jest, w co wierzy, czy co mówi – ale właśnie za dzisiejszą akcję.

I tak wyczuwam w nim pewną hipokryzję – chociażby w kwestii ubiegłorocznego czarnego protestu, ale odważę się powiedzieć, że wszyscy jesteśmy w jakimś aspekcie (mniejszym lub większym) hipokrytami. Niestety.

Z panem Jurkiem mogę totalnie różnić się poglądami, ale chapeau bas za tą właśnie jedną akcję w roku. Uczciwie powiem, że nie obchodzi mnie jego działalność poza dzisiejszą imprezą. Przez 364 dni w roku, nie śledzę jego drogi, wypowiedzi czy działań. Nie, bo nie. Nie interesuje mnie gdzie spędza wolny czas, na co wydaje pieniądze, z kim się trzyma.

Interesuje mnie WIELKA ORKIESTRA ŚWIĄTECZNEJ POMOCY i tyle.

Szumna impreza. Z roku na rok zastanawiam się nad jej trafnością. Rozumiem tych którzy nie chcą wspierać tej akcji – rozumiem bo niejednokrotnie miałam podobne wątpliwości. Zadawałam sobie pytanie czy katolik może wspierać WOŚP.

Jasne, zdecydowanie łatwiej jest nam wspierać akcje, z którymi się w 100% zgadzamy, czy to w sensie ideowym, czy z osobami pomysłodawców. Możemy – pomagajmy. Jest naprawdę wiele możliwości. Możemy wspierać Caritas, Polską Akcję Humanitarną, Szlachetną paczkę… Wszystko in plus. Nie musimy pomagać Owsiakowi, ja chcę.

Kościół nie ma monopolu na dobro. Dobre rzeczy chcą i mogą robić także ludzie, którym nie jest po drodze z nauczaniem Kościoła.

Nie mam pojęcia ile pieniędzy z tej zbiórki faktycznie trafia na sprzęt szpitalny, ale wspieram. Wspieram bo jest to dobre. Wspieram, nawet gdyby mniejsza część miała trafić tam gdzie powinna. 

Z całą tą akcją mam w sumie jeszcze jeden problem – co jest nie tak, że sprzęt który powinien być na wyposażeniu szpitali muszą finansować ludzie, właśnie za pomocą takich akcji? To jest przykre, że trzeba uzupełniać te braki.

Chcę wspierać tą akcję z miłości. Z miłości do najbliższych – nie robię tego aby podbić Owsiakowi statystyki. Robię to jako swoistego rodzaju ubezpieczenie. Kiedyś może się okazać, że ktokolwiek z mojej rodziny, moich bliskich bądź ja będę potrzebowała właśnie sprzętu z czerwonym serduszkiem, którego bez tej akcji mogłoby zabraknąć. 

 

Błogosławione piersi, które ssałeś

il. Jean Fouquet, Madonna wśród Aniołów, ok.1450

Gdy On to mówił, jakaś kobieta z tłumu głośno zawołała do Niego: «Błogosławione łono, które Cię nosiło, i piersi, które ssałeś>> Łk 11,27

Od jakiegoś czasu przewija się temat na wskroś kobiecy. Matka karmicielka – Alma Mater – brzmi dumnie. Wszystko pięknie. Temat zdecydowanie wart uwagi –  mianowicie karmienie dziecka piersią w kościele (w domyśle podczas Liturgii Mszy Świętej).  Temat poruszony przez Franciszka, podczas niedzielnej celebracji – karmić tak jak Jezusa karmiła Maryja.

Wyobraźmy sobie sytuację: jesteśmy na Mszy Świętej, obok nas siedzi kobiecina z maleństwem w wózku, małe płacze, za momencik moment kulminacyjny Mszy, i trach, matuchna bierze dziecię na ręce, wyjmuje cycka zza bluzki i karmi w najlepsze, tak słodko na siebie patrzą, maleństwo sobie ciumka i czasem pokwili. Słodziutki widok. Bez wątpienia, ale nie tutaj.

Dla jasności, nie mam problemu z karmiącymi matkami, z widokiem piersi, a nawet widok karmiącej matki napawa mnie optymizmem. Zdecydowanie kocham dzieci, swoich (póki co) nie mam, ale to nie znaczy, że nie mogę się wypowiedzieć.

Mogę, bo z tego co można zauważyć w tej całej wielkiej burzy, najgłośniej krzyczą kobiety – a kobietą jestem.

Wątek dla mnie jest po prostu przykry.

Czy kobieta może karmić dziecko w kościele? Próbuję sobie wyobrazić nasze matki czy babcie w takiej sytuacji – i zapewniam, taki pomysł do głów mi im w ogóle nie przyszedł.

Mszy dla dzieci unikam – ale to przez totalną infantylizację liturgii, czyli katolipa tłumaczona potrzebą duszpasterską. Wiadomo jednak, że na każdej innej Mszy świętej może pojawić się mama z wózkiem. Proszę bardzo i bardzo mnie to cieszy. I tak jak dzieci – nawet gigantycznie histeryzujące nie są w stanie wybić mnie z równowagi, czy zakłócić mi modlitwę – tak nadgorliwi rodzice, którzy na siłę próbują dzieci w kościele uspokajać, wszelkimi możliwymi sposobami – zdecydowanie.

Dzieci rozumiem, rodziców nie.

Matki próbują tłumaczyć, że wyciągnięcie cycka w kościele jest najlepszym wyjściem, a ci którzy się z tym nie zgadzają oczywiście widzą w tym aspekt erotyczny (więc tym jest spowodowana ich niechęć). Problem jest także z tym, że gdy ktoś się nie zgadza na taki rozwój sprawy – to albo jest to mężczyzna, który z natury rzeczy nie karmi dziecka, więc nie ma prawa się wypowiedzieć, albo jest to kobieta która nie ma dzieci – więc nie wiesz jak to jest.., jedno dziecko do wykarmienia to także za mało aby móc się wypowiadać na taki temat – ci z automatu są uciszani, jako nieeksperci.

Nic z tego. Karmiony był każdy, i temat nie jest odległy dla nikogo.  Karmienie dziecka jest jedną z naturalnych rzeczy – totalnie pozbawionych warstwy erotycznej. Nie mniej jednak, nie wszędzie wypada. Szanujmy swoją wrażliwość.

Dziecko można nakarmić tuż przed wyjściem do kościoła i sprawa powinna być załatwiona. A co jeśli dziecka nie da się nakarmić przed wyjściem? Na miłość boską (tą mitologiczną)! Ktoś wymyślił coś takiego jak laktator, więc zawsze można zabrać ze sobą pełną butelkę i za jej pomocą nakarmić dziecko, co jest chyba najbardziej „komfortowym” wyjściem dla wszystkich stron. Oczywiście, są takie przypadki, że kobieta karmi tylko piersią – ale i w tym wypadku nie trzeba rozbierać się w kościele.

Dlaczego matka, która chce karmić dziecko nie uda się do zakrystii? Wybitnie mnie to nurtuje. Tłumaczy, że jej nie po drodze, że nie wie jak się zachować, że będzie się krępować – brednie! Dobrze, że zwolenniczki karmienia nie chcą (Boże uchowaj) przewijać dzieci w kościele, a przecież to równie naturalna sprawa. Z tymi przypadkami – do zakrystii trafić zdecydowanie łatwiej. I nie raz się zdarza, że w obcym kościele, mama leci z dzieckiem do zakrystii pytać gdzie jest toaleta – i wtedy nie ma z tym problemu.

Więc czyli na dobrą sprawę o co chodzi?

„Należysięmizm” – to chyba najtrafniejsze określenie. Mam dziwne wrażenie, że w tej całej burzy nie chodzi o dzieci, ale o matki. Matki bohaterki, które dumnie wyciągną pierś – bo mogą. 

Nie chodzi mi o żadne ?kolejne? ograniczenia Ale o to co wypada, a co nie wypada. Jest czas i są miejsca, w których nie należy karmić dziecięcia piersią, tak samo jest czas i są miejsca (i to jest przykład totalnie kolokwialny) w których nie należy używać telefonów komórkowych. I tak przykładowo idę do teatru/kina/whatever wyłączam telefon, nie wiem kto zabiera niemowlęta do teatru – ale ośmielę się stwierdzić, że żadna kobieta w czasie przedstawienia nie odważyła się karmić dziecka.

Przykład dalece oderwany, do teatru idę dla przyjemności, nie by wyznawać moją wiarę.

Nie chcę tutaj rozpisywać się na temat istoty Mszy świętej, ale ta kwestia jest w tym sporze najważniejsza. Bo nie wcale wątek pokazania kobiecej piersi – jak to niektórzy starają się interpretować.

Nie chodzę do kościoła aby umacniać więzi rodzinne, nie chodzę, aby było miło i przyjemnie. Chodzę aby czcić i przeżywać pamiątkę śmierci i zmartwychwstania Chrystusa. Chodzę aby wyznawać moją wiarę, aby ją przeżywać. Jeżeli rozumiem (bądź staram się zrozumieć) istotę Mszy świętej, to swoją postawą nie utrudniam uczestnictwa innym, a także sobie. Pragnę aby moja postawa była jak najbardziej adekwatna i oddana. 

Nie zależy mi na wojowaniu w tej sprawie, bo znowu uważam, że sprawa nie jest w naszym mniemaniu najważniejsza.

Macierzyństwo jest niewątpliwie jednym z najpiękniejszych okresów w życiu kobiety. Naprawdę lubię patrzeć na kobiety noszące pod swoim sercem drugą osobę – widzę w tym ogrom miłości i nadzieję. Lubię patrzeć na matki zajmujące się dziećmi. I w końcu na piękny widok matczynej miłości wyrażanej podczas karmienia. Powstała niezliczona ilość obrazów o treści religijnej przedstawiająca motyw karmiącej Maryi Panny, bądź Madonny z odsłoniętą piersią – te obrazy są przeurocze. Pokazują nam tą właśnie, ziemską naturę Chrystusa. Maryja też karmiła swojego Syna. Coś cudownego. I nikogo to nie gorszy – bo nie w tym rzecz.

Do słów papieża (z całym szacunkiem) odniosę się tylko w jedyny z możliwych (w moim mniemaniu) sposobów – mam nadzieję, że Kościół nie doczeka się żadnego oficjalnego dokumentu promującego karmienie w świątyni.

Niecodzienne spotkanie. (artystyczna) ewangelizacja

Boże Miłosierdzie jest modne. Nie chcę pisać żadnego podsumowania Jubileuszowego Roku Miłosierdzia, to już było. Czasem natomiast mam wrażenie, że każda osoba czytała inną definicję Bożego Miłosierdzia (jeśli to w ogóle możliwe), każdy interpretuje je jak chce, a na to wszytko przychodzi twierdzenie – hulaj dusza piekła nie ma. Niestety miałam okazję spotkać takie podejście. Mam z tym ogromny problem, i chyba nie tylko ja. Oczywiście, że jestem fanką miłosierdzia, ale po minionym roku, uważam, że zachodziłaby potrzeba roku sprawiedliwości.

Bóg jest nieskończenie dobry – z tym, że – za dobre wynagradza, a za złe karze.

Rzeczy ostateczne z którymi się zmierzymy to: śmierć, sąd, niebo albo piekło

– niby oczywiste, ale warto to sobie gdzieś zapisać, tak w razie wu.

Czyli piekło istnieje naprawdę – i w sumie ta myśl mi stale towarzyszy.

Ale nie do końca o tym.

O innych owocach Bożego Miłosierdzia.

Jakiś czas temu, na pełnych obrotach wleciałam do Muzeum. W totalnym zakręceniu. Między jednym zajęciem a drugim udało mi się wygospodarować wolną chwilę. Jaka byłam szczęśliwa, tym bardziej, że ową wystawę czasową zostawiłam sobie na ostatnią chwilę (trzy dni do końca ekspozycji). Classic. Wpadłam, przywitał mnie stróż i jakiś starszy mężczyzna z bujna fryzurą, zdążyłam się przedstawić jako studentka historii sztuki, i od razu zaczęłam ściągać płaszcz. Poniedziałek – muzeum zamknięte. Wróć, mówi się trudno, nawet nie ogarnęłam, że dzisiaj poniedziałek. Zapinam płaszcz.  Do widzenia, życzę miłego dnia.Z niepyszną miną odchodzę. Łapię za klamkę ciężkich drzwi, wychodzę, przed muzeum zatrzymuję się jeszcze na przysłowiowy moment, aby znaleźć coś w torbie. Obracam się a za mną stoi ten mężczyzna, który przed chwilą razem ze mną stał na holu muzeum. Zaczynamy rozmawiać. Usłyszał, że jestem z historii sztuki – w sumie łatwy grunt do rozmowy, pod budynkiem muzeum. Rozmowa się klei, całkowicie ogólnie, o pięknie, o sztuce, o muzyce, o artystach, o ludziach. To była naprawdę miła chwila – dosłownie chwila. Rozchodzimy się, każdy w swoją stronę, w stronę swojego życia, swoich obowiązków i celów. Do zobaczenia, miło było poznać – to już słowa padające z pewnej odległości.

Krzyknął Szczęść Boże – a ja stanęłam jak wryta. Oniemiałam, dosłownie oniemiałam. Bóg zapłać.

– Znaczą te słowa coś dla pani?

-I to jak!

Odrzuciliśmy obrane przez nas kierunki w celu kontynuacji naszej rozmowy, tym razem mniej ogólnej. A mnie ogarnęła ogromna radość.

-jeśli to coś dla pani znaczy to mam dla pani prezent.

I w tym momencie mężczyzna wyciągnął coś z kieszeni, wyciągnął rękę i przekazał mi, a moim oczom ukazał się Cudowny Medalik. 

„Dostąpią wielkich łask, szczególnie jeśli go będą nosili na szyi. Tych, którzy we mnie ufają, wieloma łaskami obdarzę.”

I znowu byłam w szoku.

-To na pewno też coś dla Pani znaczy… rozumiem, że wie Pani co jej przekazałem.

-TAK!

-To wie Pani co z tym zrobić. Jest pani 1012 osobą w Roku Miłosierdzia, która ode mnie otrzymała taki prezent.

Rozmawialiśmy jeszcze przez chwilę, o zgromadzeniu sióstr Szarytek, o św. Katarzynie Labouré, o Rue de Bac w Paryżu, o 1830 roku.

Tym razem już głębiej. Rozmawialiśmy o Bożej Miłości i modlitwie.

Spotkałam przyjaciela, nie wiem jak się nazywał, kim dokładnie był, nawet nie wiem czy bym go dzisiaj rozpoznała.

To było cudowne spotkanie, dalej się nim zachwycam trzymając otrzymany medalik w ręce.

W świecie, w którym coraz mniej ludzi potrafi przyznać się do swojej wiary, a co dopiero o niej rozmawiać, spotykam człowieka – który swoją miłością do Boga zaraża, z pasją opowiada O Jego Matce. Miód, malina. Dosłownie.

Jej medalik rozdawać, gdzie się tylko da: i dzieciom, by zawsze go na szyi nosiły i starszym, i młodzieży zwłaszcza, by pod Jej opieką miała dosyć sił do odparcia tylu pokus i zasadzek czyhających na nią w naszych czasach. A już tym, co do kościoła nie zaglądają, do spowiedzi boją się przyjść, z praktyk religijnych szydzą, z prawd wiary się śmieją, zagrzęźli w błoto moralne albo poza Kościołem w herezji przebywają – o tym, to już koniecznie medalik Niepokalanej ofiarować i prosić, by zechcieli go nosić, a tymczasem gorąco Niepokalaną błagać o ich nawrócenie. Wielu nawet wtedy radę znajduje, gdy kto nie chce w żaden sposób przyjąć medalika. Ot po prostu wszywają go po kryjomu do ubrania i modlą się, a Niepokalana prędzej czy później okazuje, co potrafi… Dużo jest zła na świecie, ale pamiętajmy, że Niepokalana potężniejsza i Ona zetrze głowę węża piekielnego.

św. Maksymilian Maria Kolbe

Nowy rok, stara ja?

Od ogółu do szczegółu. Czyli nie, nie podjęłam żadnych radykalnych kroków wraz ze zmianą daty. Oczywiście, coś się zmienia. Zmiany zachodzą cały czas, bez względu na to czy zaczynamy kolejny dzień, tydzień, miesiąc czy rok.

Czy sytuacja zmienia się wraz z nadejściem stycznia czy czerwca, szczerze nie ma dla mnie jakiegoś fundamentalnego znaczenia.

Mam oczywiście jakiś plan. Jakiś harmonogram. Coś co pomoże mi uporządkować moje życie (mimo, iż uważam, że nie ma tutaj gigantycznego bałaganu, nie ma, ale zawsze jest co sprzątać). Potrzebuję konkretnej miotły. 

Idealny planner?

Szczerze. Lubię planować. Rzeczy oczywiste. Zapisywać, podkreślać, notować, rysować.

Tak.

Zapisuję sobie cytat z Pisma Świętego, z ojców kościoła, któregoś świętego, czy po prostu, kilka mądrych słów. Zaznaczam w kalendarzu wydarzenia. Odznaczam sobie odmówione modlitwy. Zaznaczam, to co dzisiaj udało mi się przeczytać. Za co jestem wdzięczna i co dobrego udało mi się zrobić. Zapisuję spotkania, listy zakupów, dzienne priorytety.

Wiem, może to typowo, lub jak szaleństwo.  Ale jak Kanon Rzymski długi i szeroki  – przy intensywności mojego życia mam fatalną pamięć do takich spraw.

Słowo zapisane, trafia do mnie lepiej.

Zapisując, mam wrażenie większej kontroli, nad tym co robię i w jaki sposób.

Dlaczego chce zostać starą mną?

Bo naprawdę lubię siebie. Bez wielkiego egoizmu. Tak po „bożemu”.

Zaczęłam traktować siebie poważnej i świadomiej. Nauczyłam się, że nie wszystko w moim życiu musi iść po mojej myśli. Że nie wszyscy będą mnie kochać. Że nie jestem chodzącym ideałem. Że się potykam a potem wstaję. Że czasem coś naprawdę zawalę, i gorączkuję się aby to naprawić. Że powiem coś, czego naprawdę żałuję.

Lubię siebie, ale też patrzę na siebie krytycznie.

Nie chcę planować jakiś konkretnych odstępstw od tego kim jestem. Chcę być najlepszą wersją mnie. Chcę być lepsza, w tym co robię, co mówię i kim jestem.

Mam potrzebę działania. Nie lubię nic nie robić. Mam tysiące pomysłów na minutę, ale muszę studzić swój entuzjazm. Żyję w ciągłym biegu.  Ale właśnie takie je lubię, to moje życie.

Jasne, czasem się zatrzymuję na chwilę, czasem na dłużej.

Idę dalej, chcę coraz bardziej poznawać siebie, skoro jestem dla siebie ważna – to chcę nad sobą pracować. Praca nie oznacza dla mnie odwracania swojego życia o 180o.

Pracować – czyli w sumie trwać.

Praca jako zjawisko zabierające więcej czasu.

Gwałtowne zmiany wcale nie są długotrwałe. Niestety. Szybko rezygnujemy z założeń i wracamy do starych przyzwyczajeń.

Prządek w miejscu pracy gwarancją bezpieczeństwa.

Lubimy czuć się bezpiecznie i to jest całkowicie naturalne. Czuć się bezpiecznie można także duchowo – w punkt. Mniej się lękać, więcej działać.

Zrobić i utrzymywać porządek.

Mistrzostwo świata.

Porządek w nas – gwarancją bezpieczeństwa (teraz i na wieki).

Zaprowadzenie porządku i utrzymanie go, wymaga wysiłku, ciągłej pracy, a także wyrzeczeń. Znamy to, chociażby z czasów szkoły gdzie musieliśmy porządkować nasze biurka, aby potem działać na innej płaszczyźnie. I tak jest również w życiu duchowym. Najpierw muszę zrobić porządek, ustawić wszystko na swoim miejscu, aby potem móc działać (w każdej dziedzinie). To jest takie proste, takie jasne, ale z drugiej strony stwarza pewne obawy.

Czy mam po drodze z Bogiem? Spotykam się z nim? Rozmawiamy?

Myślę, że warto.

Zrobienie sobie w życiu takiego porządku, naprawdę czyni cuda. Potrafi naprawić wiele. Daje nadzieję. Wspiera. Jesteśmy my, w starej wersji, ale po duchowym liftingu, i jest dobrze. Jest lepiej niż dobrze.

Nie odkładajmy takich porządków ja jutro, na przyszły tydzień, przyszły rok, czy na starość – jasne, będzie pięknie, ale szkoda, że tak późno.

Nie próbujmy sobie wmawiać, że robiąc takie duchowe sprzątanie, wprowadzimy w nasze życie tylko dodatkowe ograniczenia. Pfff.. Niezła mi ściema! Jeśli już o tym mowa to ograniczenia nas otwierają na więcej!

Stosuję i polecam!

planowanie i (samo)akceptacja

Dla większości z nas minęło świętowanie, świętowanie w ludzkim wymiarze. Wracamy do pracy. Nerwowo zajmujemy się sprawami związanymi z zakończeniem roku. Dotyczy nas to zarówno w kwestii zawodowej jak i prywatnej. Minęły święta, wracamy do codzienności.

Dni między Bożym Narodzeniem a Sylwestrem, to dni zupełnej destrukcji umysłowej. Z jednej strony dalej cieszymy się świętami, odwiedzamy rodzinę z kolędą na ustach i dojadamy resztki, a z drugiej strony, z zatrwożeniem patrzymy na wagę, która poszła w górę z powodu kilku dni przejedzenia, zastanawiamy się nad tym co musimy jeszcze na cito zrobić, zaczynamy sobie robić rachunek za jeszcze nie do końca miniony rok.

Czasami mam wrażenie, że te kilka dni są takim wydłużonym  i wcześniejszym

b l u e    m o n d a y.

Dlaczego?

Przyszedł czas podsumowań. Zastanowień nad tym co w tym roku nam się udało lepiej, co gorzej. I jasne, że są takie sprawy, do których nie mamy najmniejszych zastrzeżeń, z których jesteśmy dumni, ale są też sprawy niedokończone. Postanowienia, które odzwierciedlenie miały tylko w kilku  pierwszych dniach stycznia.

Nie jesteśmy idealni. Czyli wszystko w porządku.

Z mojego postanowienia zrzucenia kilku (albo więcej) kilogramów, kończę ten rok z dodatkowymi na liczniku; na siłownię chodziłam aby chodzić; pozbyłam się właśnie 15 cm włosów (w planach miały być długie i piękne), bo okazało się, że nie wiem dokładnie co to jest dobra pielęgnacja, a nakładanie kolejnych odżywek (w domyśle o składzie naturalnym), zamiast pomóc jeszcze bardziej je osłabiło;  nie udało mi się dziennie wypijać 2 l wody i ograniczyć picia kawy; i po raz kolejny nie udało mi się przeczytać kilku książek przekładanych z miejsca na miejsce.

Nie będę „piękna” na nowy rok.

Ale wcale nie o to chodzi.

Coroczne piękne i wzniosłe postanowienia mogą być nic nie warte.  Nie chodzi o to aby zmieniać się zewnętrznie. Można mówić i mówić o swoich planach, ale nie zawsze wszystko idzie po naszej myśli. Trzeba zaakceptować to, że nie jesteśmy samowystarczalni, i nie wszystko w naszym życiu zależy tylko i wyłącznie od nas.

Dodatkowe zlecenia, niespodziewana choroba, zmiana intensywności trybu życia, może nam trochę namieszać, a my i tak na koniec roku będziemy się zadręczać swoją beznadziejnością!

Ja nie lubię tego wielkiego przejścia w nowy rok. Chciałabym iść spać o normalnej porze, zwyczajowo czytając jakąś wciągającą lekturę, ale czy to jest możliwe? Otoczenie dyktuje nam, jak mamy żyć, jak spędzić tą noc, jak wytrwać w postanowieniach, i znów jak być ideałami.

A ideały do których dąży świat są związane tylko z zewnętrzną wersją nas. To jest przykre. Świat nie dba o to aby nam było dobrze wewnętrznie. Fit forma, nowe ubrania,nowinki techniczne i szybkie samochody – to nasza ostoja szczęśliwości. Brzmi pusto i beznadziejnie. Nie chcę absolutnie negować kwestii posiadania dóbr różnego rodzaju, co chcę bardziej podkreślić, że to nie załatwi nam sprawy samoakceptacji.

Musimy pokochać samych siebie. Na dobrą sprawę, tylko akceptując i kochając siebie jesteśmy w stanie kochać drugiego człowieka.

Dobrze jest czasami ze sobą pobyć, co nie jest wcale łatwe. Tak na chwilę, głucho, bez towarzystwa komputera, telefonu, muzyki. Jestem ja i ja. Koniec. Jesteśmy wtedy w stanie wsłuchać się w siebie. Zmierzyć się ze swoimi lękami i marzeniami. Porozmawiać ze sobą. Popatrzeć na siebie krytycznie, ale także podziwiać rzeczy którym podołaliśmy.

Możemy wzdychać nad tym ile planów nie udało nam się zrealizować, ale pomyślmy o tym co nam się udało! I nie udało „udało”, tylko udało, ponieważ nad tym pracowaliśmy. Poświęciliśmy trochę czasu, zarywaliśmy noce, wylaliśmy wiadra potu, łez, ale to zrobiliśmy. I nie musi chodzić o naszą formę. Może to był ważny projekt, może wymarzona praca, może to były sprawy rodzinne, może ukierunkowanie swojego życia.

Dla każdego było to niewątpliwie inne zadanie. Często nieplanowane. Często nie jedno.

Robiąc sobie nieuniknione podsumowanie roku, pewnie, spójrzmy na to co nam się nie udało, nie traćmy nadziei. Skupmy się na tym co nam wyszło! Ile wspaniałych rzeczy udało nam się osiągnąć. Bez wątpienia, możemy być z siebie dumni.

Ja jestem. Mimo iż większość moich postanowień przysłowiowy szlag trafił, zrobiłam rzeczy o których nawet nie śniłam.

Szczerze lubię planować, ale nie lubię wychodzić za bardzo w przyszłość. Zwyczajowo zbyt odległe planowanie za bardzo odbiega od faktycznego przebiegu wydarzeń.

Życie dyktuje nam często inną drogę niż ta, którą sobie idealnie zaplanujemy. Nie ubolewam nad tym. Wierzę, że scenariusz który dostaję, jest zdecydowanie lepszy niż ten, który mogłabym sobie zaplanować z idealnym planerem pod ręką.

Staram się skupiać, na rzeczach ważniejszych i tych które dotyczą tej i najbliższej chwili. Oczywiście w pewnych aspektach nie się zatrzymać i trzeba tworzyć wizje dalsze, ale nie można się do nich zbyt przywiązywać.

W tym roku także nie zabraknie mi postanowień. Mam nowe cele i marzenia.

Ale nie chcę, aby moim życiem zawładnęła chęć idealności, drogi „po trupach do celu”. Trzeba przyjąć to co dostajemy i zaakceptować w tym swoją rolę.

W tym roku chcę w trochę inny sposób podejść do swoich postanowień. Trzeźwo chcę podejść do kwestii zmiany daty. Koniec roku będzie dla mnie wyznacznikiem, ale nie totalną zmianą, będzie impulsem i motorem napędowym nowych postanowień i nowych wyzwań.

Bądź dumny z tego kim jesteś.

Nie stawiajmy na szali swojego życia, złudzeni fałszywym obrazem szczęścia serwowanym nam z każdej strony.

Stąpajmy twardo po ziemi, szanując swoje zasady, życie swoje i innych. Zróbmy porządek w naszych wnętrzach. Uporządkujmy naszą hierarchię wartości. Jasno określmy nasze dążenia, ale pamiętajmy by ich osiągnięcie nie naruszyło innej sfery naszego życia.

Taka jaka jesteś jesteś fajna,  nie musisz być idealna!

Życzę Wam samych błogosławieństw!

dojrzałość i Boże Narodzenie

Nie wiem co znaczy dojrzałość w wierze. Nie mam pojęcia czy ktokolwiek jest w stanie powiedzieć, że jego wiara jest dojrzała. Nie wiem czy ktokolwiek, może w ogóle wiedzieć czym jest dojrzałość religijna. Ale jest pewien moment – w moim mniemaniu przełomowy, ku temu aby twierdzić, że twoja wiara nie tyle jest w pełni dojrzała, ale dojrzalsza. Kiedy, świadomiej podchodzisz do wiary, kiedy na sprawy wiary patrzysz racjonalnie. Wydaje mi się, że jeden z momentów przełomowych, to jest ten moment, kiedy bardziej i lepiej przezywasz święta Wielkanocne. Kiedy w pełni świadomości, ustalisz sobie hierarchię świąt (zaznaczam tą pełną świadomość, bo tą myśl trzeba podjąć samemu).

Święta Narodzenia Pańskiego są wspaniałe. Przeżywamy cudowną tajemnicę Wcielenia. Słowo staję się Ciałem. Boża Miłość staje się Ciałem. Dziewica rodzi syna. Święty Józef ufa, wierzy i nie ucieka. Te święta są w pełni magiczne – chociaż magiczne nie jest tutaj adekwatnym słowem. Uwielbiam Boże Narodzenie, cudowną rodzinną atmosferę, wspólne śpiewanie kolęd, dom pachnący piernikiem i kompotem z suszu… Kto tego nie lubi? Ale jest także druga strona medalu. Jesteśmy tak super zaaferowani całą tą piękną atmosferą, że gdzieś się gubimy. Na ostatnią chwilę jedziemy do fryzjera, nerwowo pakujemy prezenty, a na to wszystko zapomnieliśmy kupić tradycyjnego napoju świątecznego z czerwoną etykietą. A zaprosiliśmy chociaż Solenizanta na Jego urodziny? Kurcze kiepsko to wygląda. Myślimy o prezentach – przyzwyczajamy się do tego, że co roku są piękniejsze, droższe… No kto tak nie ma? Kochamy rodzinną atmosferę podczas kolacji wigilijnej, wspólne wyjście na pasterkę, bogate dekoracje w kościele, żywe szopki, składanie sobie życzeń, wszyscy są nagle dla siebie mili. Bezsprzecznie jest to cudowne.

Są to bezkompromisowo rodzinne święta.

I teraz ja powiem tak. Czuję się dojrzalsza, odkąd Boże Narodzenie nie jest moim ulubionym okresem w roku. Nie, nie jest, chociaż je uwielbiam niesamowicie. Moim numerem jeden jest zdecydowanie Wielkanoc. Nie przeżywam jej w kwestii rodzinności (jasne rodzina też jest i jest na właściwym miejscu), ale głęboko duchowo. I to jest w tym wszystkim najpiękniejsze. Nie chodzi, mi stricte o porządek świąt w kalendarzu liturgicznym, ale o moje ich przeżywanie.

Bóg się rodzi w konkretnym celu. Nie możemy przeżywać Bożego Narodzenia w jednym kontekście.

Cud Bożego Narodzenia jest wspaniały. Trzeba jednak pamiętać, że cała otoczka towarzysząca nam w czasie tych świąt nie jest najważniejsza. Trzeba pamiętać, że Bóg nie przychodzi do nas w czasie świąt tylko pod postacią Dzieciątka. Bóg jest z nami codziennie, podczas każdej Mszy Świętej w tej samej postaci. I tak jest z nami w te święta. W kościele. Pod postacią Chleba i Wina. W ciele umęczonym i konającym. To się dzieje każdego dnia, bez względu na to jakie święta, uroczystość czy wspomnienie obchodzimy. Msza Święta w czasie Bożego Narodzenia jest zarówno pamiątką cudownych narodzin, ale także, zbawienną ofiarą Chrystusa, powtarzaną ciągle na nowo.

On, istniejąc w postaci Bożej,  nie skorzystał ze sposobności, aby na równi być z Bogiem, lecz ogołocił samego siebie, przyjąwszy postać sługi, stawszy się podobnym do ludzi.A w zewnętrznym przejawie, uznany za człowieka, uniżył samego siebie, stawszy się posłusznym aż do śmierci – i to śmierci krzyżowej. Dlatego też Bóg Go nad wszystko wywyższył i darował Mu imię ponad wszelkie imię, aby na imię Jezusa zgięło się każde kolano istot niebieskich i ziemskich i podziemnych. I aby wszelki język wyznał, że Jezus Chrystus jest PANEM – ku chwale Boga Ojca. (Flp 2, 6-11)

W czasie Bożego Narodzenia istotne jest zrozumienie tej kwestii.

Tak samo jak adwent, jest oczekiwaniem na dwóch płaszczyznach – na powtórne przyjście Boga, oraz bezpośrednio do świąt. Tak samo jest z Bożym Narodzeniem, nie jest to tylko symboliczne i historyczne wspomnienie wydarzeń z Betlejem. Świętujemy przyjście na świat naszego Odkupiciela. Przychodzącego na świat z pełnym balastem treści.

Dlatego ja w czasie tych właśnie świąt obchodzę również pamiątkę Zmartwychwstania Chrystusa, wspominam wieczerzę z uczniami, ogród Getsemani, drogę krzyżową i Golgotę. To mi daje w pełni przeżywać te święta.

Pamiętam, że jako dziecko, niesamowicie upierałam się przy tym, że Boże Narodzenie jest najważniejsze, że przecież jakby Bóg się nie narodził – by nie zmartwychwstał.

Jasne, że tak.

Ale będąc osobami wierzącymi, nie możemy rozumieć istoty Bożego Narodzenia jednostkowo. Musimy znać rangę wydarzeń. Musimy pamiętać o życiu, śmierci i zbawieniu.

I co jest ważne. Dzisiaj w szopce nie ma Boga – jest figurka Dzieciątka. Bóg jest w tabernakulum.

„Wobec tej niezwykłej rzeczywistości stajemy zdumieni i zaskoczeni: z jaką uległością i pokorą Bóg zapragnął złączyć się w ten sposób z człowiekiem! Jeśli ze wzruszeniem zatrzymujemy się przed szopką, rozważając Wcielenie Słowa, jakież uczucia powinny nas ogarniać wobec ołtarza, na którym przez ubogie dłonie kapłana Chrystus uobecnia w czasie swoją Ofiarę? Pozostaje nam jedynie zgiąć kolana i w ciszy adorować tę największą tajemnicę wiary”. (Jan Paweł II – list do kapłanów na Wielki Czwartek 2004)

kolejna stacja i wiadro wody

Nasz tegoroczny adwentowy trip dobiega końca. Przed nami drugi etap adwentu – bezpośrednie przygotowanie się do świąt. Adwent jest podróżą. Jest okazją do przemiany nas samych. Uwielbiam (szczerze uwielbiam) uogólnianie adwentu jako czasu radosnego oczekiwania. Znamy to! Jasne, że Boże Narodzenie, to wspaniale radosne święta, nie ma co do tego wątpliwości. Ale mam wrażenie, że w tej całej radości związanej z adwentem (lub z jego fałszywą otoczką rzucaną nam przez media), zapominamy z czego się cieszymy. Od dobrych kilku lat, staram się przeżywać adwent z dystansem, z dystansem od tego co zostaje nam serwowane z każdej możliwej strony. Staram się zmieniać swoje życie, małymi krokami, ale systematycznie, idąc do celu. Do celu którym jest nie tylko Boże Narodzenie tutaj, teraz na Ziemi, ale do celu który każdy z nas chcę osiągnąć – do nieba. Adwent powinien być dla nas takim impulsem do zmiany, czasem kontemplacji i wreszcie czasem przygotowania – przygotowania na powtórne przyjście Pana. Adwent jest takim autobusem – w którym jedziemy, ale musimy być czujni, czujni aby dotrzeć do celu naszej podróży.

Jadę autobusem. Codziennie pokonuję tę samą trasę. Rozpoznaję już ludzi którzy jeżdżą o tych samych godzinach. To już jest trochę tak, że czuję się z nimi w jakiś sposób związana, nie bezpośrednio ale jednak. Jedziemy w tym samym kierunku, kilka osób dojeżdża do ostatniego przystanku, w międzyczasie wiele wsiada i wysiada. Tak też jest z adwentem, z naszym postanowieniem zmiany, z naszą pracą nad sobą, czasami rezygnujemy – bo ciężko, ale wsiadamy z powrotem w kolejny autobus, jadący w tym samym kierunku.

Ludzie są różni, mniej lub bardziej charakterystyczni. Piękne w tym wszystkim jest to, że każdy z nas jedzie gdzieś w konkretnym celu. Taka zwykła, szara codzienność. Ale w takich sytuacjach warto się zatrzymać. Pojazd jedzie więc fizycznie nie stoimy w miejscu.

Tak mam, że patrząc na osobę, obserwując ją czasami zastanawiam się dokąd zmierza, co robi w życiu, kim jest, jaka jest? Może dziwne, trudno. Obserwacja ludzi – w tym wypadku bardzo przypadkowych, w różnym wieku, na pewno o różnych wartościach i zainteresowaniach, czasami potrafi otworzyć nam oczy. Po dłuższym oglądzie można ogarnąć kto jest w naszym teamie. Trzeba tylko otworzyć oczy i być czujnym.

Znacie ten stan kiedy, głupio wam jest zrobić znak krzyża mijając kościół, i robicie coś w formie „podrapałam się po klatce piersiowej” albo nerwowy gest pt. „odlećcie ode mnie komary”? Na pewno znacie. Nigdy się nad tym głębiej nie zastanawiałam. Jako dziecko przyzwyczaiłam się do robienia znaku krzyża przed moim kościołem parafialnym, i to by było na tyle. Szczerze przykro mi, że wcześniej nie zajarzyłam tematu. Że żegnałam się koło jednego (z wielu) mijanych po drodze przydrożnych krzyży. Jadąc tym autobusem, zobaczyłam jak pewna kobieta robi znak krzyża, jeszcze taki konkretny! TO BYŁO PIĘKNE! Cała dłoń wędruję ku czołu, niżej, w lewo i w prawo, a na na koniec składa ręce. W pierwszym momencie byłam pewna, że kobieta modli się w drodze (bardzo dobra forma spędzania podróży, polecam!), patrzę na nią a na sercu robi mi się ciepło (dosłownie, czuję taki piękny nieopisany spokój i radość). Widząc takich ludzi wiem, że gdziekolwiek jestem, to jestem w domu. Właśnie minęliśmy kościół na którego nawet konkretnie nie zwróciłam uwagi.

Jedziemy dalej, i ona po raz kolejny robi znak krzyża…

I w tym momencie znajoma siedząca obok, mówi „widzisz, i ona tak przy każdym kościele! czemu ty tak nie robisz?”. I to było jak kubeł zimnej wody. Zeszłam na ziemię, zrobiło mi się momentalnie głupio.

Wtedy przyszło pytanie czy ja się wstydzę mojej wiary? Sama zaczęłam sobie zadawać pytanie dokąd tak właściwie jadę?! Dlaczego mój kościół parafialny jest lepszy od tego na osiedlu którym mijam codziennie? Dlaczego przeżegnam się przy jednym wybranym mijanym krzyżu?

Sam krzyż jest pięknym znakiem, jest symbolem zwycięstwa! A my tak bardzo boimy się go pokazywać, nosimy mały krzyżyk na piersi, ale chowamy go pod t-shirtem, mijając kościół pomachamy ręką góra-dół i na boki, żeby ktoś przypadkiem nie zauważył, że zdążyliśmy się przeżegnać, ściągamy krzyże ze ścian, żeby zrobić miejsce na kolorowe obrazki, którym daleko do pobożnych motywów. Tu chodzi o pracę nad sobą. O to jak bardzo boimy się opinii drugiej osoby. Katedra nie jest lepsza, niż mały prowincjalny kościółek. Wielki przydrożny krzyż nie jest lepszy, od tego nieco mniejszego, przy którym nikt nie postawił kwiatów. Nie o to chodzi! Tu znowu chodzi o nas. O to jak postrzegamy nasze otoczenie i fakty. Dla nas każdy krzyż – jest taki sam. Każdy kościół, choćby najmniejszy jest prawdziwie mieszkaniem Boga. W każdym kościele na nowo Słowo staję się Ciałem. Chrystus jest obecny prawdziwie. Ale czy nie przysłaniają nam tego ciemne okulary?

Wtedy zrozumiałam, że każdorazowy znak krzyża który wykonywała ta kobieta, był jak przystanek na naszej trasie. Konkretny punkt zaczepienia, taki odnośnik, który pomaga nam utrzymać się na drodze która jedzie w konkretnym kierunku. Każdorazowy gest czyniony przez nią był konkretnym przyznaniem się do wiary. Był jak mocny krok, pewne stanięcie na ziemi.